Świadectwa

Home / Świadectwa


Świadectwa

 

PRZEOGROMNA MOC BOGA.

Na rekolekcje ignacjańskie pojechałem w dosyć ciekawym momencie mojego życia. Stoję właśnie u progu dorosłości: od kilku miesięcy próbuję się zmobilizować do pisania pracy magisterskiej, która jest ostatnią rzeczą, jaka pozostała mi do zrobienia aby skończyć studia oraz rozpocząć pracę. Rozstałem się z dziewczyną, z którą tworzyliśmy wspaniały związek od blisko 4 lat. Doskonale się rozumieliśmy i pasowaliśmy do siebie, bardzo rzadko się kłóciliśmy – na każdym kroku widzieliśmy, że Pan Bóg ma względem nas plany i wyraźnie nam błogosławi. Niestety, nastał kolejny kryzys uczuć i konieczność rozeznania, czy rzeczywiście powinniśmy być ze sobą.

Na pierwszej konferencji ojciec, który prowadził rekolekcje powiedział, że jeśli przyjechaliśmy tutaj z ideą znalezienia rozwiązań naszych problemów, powinniśmy ją porzucić, ponieważ naszym jedynym problemem jest brak Boga w naszym życiu. Postanowiłem spróbować. Powinienem tutaj napisać, że owoce, których doświadczyłem przerosły moje najśmielsze oczekiwania, jednak byłaby to tylko połowa prawdy. Ogrom darów, jakie Bóg na mnie wylał po prostu się na mnie zwalił. W tym miejscu chciałbym się podzielić najważniejszymi z nich: spotkaniem Boga Żywego, a także zmianą Jego obrazu, jak i obrazu mnie samego.

Przyjeżdżając na rekolekcje, miałem obraz siebie jako doskonałego katolika. Przecież regularnie się modlę, staram się wypełniać przykazania oraz często spowiadać, uczestniczę we Mszy Świętej kilka razy w tygodniu, a służąc przy ołtarzu od kilkunastu lat nauczyłem się nienagannego dobierania postaw i gestów liturgicznych. Fakt, że w modlitwach, nabożeństwach oraz Mszy Świętej nie spotykałem Boga, tylko swoje myśli i problemy wiązałem z przechodzeniem nocy duchowej.

Gdy nastała cisza, a ojciec rekolekcjonista zaczął wprowadzać nas w kolejne medytacje, moja świadomość zaczęła się zmieniać. Wcześniej starałem się każdego dnia rozważać Słowo Boże na dany dzień, jednak często było to pośpieszne zerknięcie na czytania, z którego nie wynikała żadna refleksja. Na rekolekcjach natomiast doświadczyłem, że wystarczy wyciszenie, wygospodarowanie odpowiedniego czasu oraz szczere zwrócenie się do Boga, aby nawet w słyszanych już wiele razy i, wydawałoby się, dogłębnie poznanych fragmentach Pisma Świętego Bóg kierował słowo do mnie – to były każdorazowo konkretne uwagi dotyczące mojej relacji z Bogiem i bliźnimi. Regularnie w tych rozważaniach pojawiał się obraz jednej cechy: pokory. Zacząłem rozumieć, że moja dotychczasowa pobożność często wynikała z chęci podniesienia poczucia własnej wartości, zaimponowania innym, doznania pocieszenia czy też uspokojenia swojego sumienia. Nietrudno się domyślić, że przy takiej motywacji często była ona weryfikowana z negatywnym skutkiem zaraz po opuszczeniu drzwi kościoła. Doświadczyłem, jak przebiegłym stworzeniem jest szatan, który zawsze w biblijnych konfrontacjach faryzeuszy z celnikami lub innymi grzesznikami stawiał mnie po stronie tych drugich – ludzi mających poczucie swojej grzeszności, ale dzięki pokorze i ufności w Boże Miłosierdzie będących o krok od Królestwa Niebieskiego. Prawda była natomiast zupełnie inna: wielokrotnie byłem mentalnym faryzeuszem, ilekroć przekonany o swojej „pobożności” zabierałem się za usuwanie drobnych drzazg z oczu bliźnich, którzy w mniejszym stopniu zostali obdarzeni łaską poznania Boga. Co więcej, potrafiłem otwarcie kwestionować poglądy na wiarę nawet osób znacznie bardziej doświadczonych w wierze, jeśli były one odmienne od moich. Tymczasem w moim oku tkwiła gigantyczna belka: pycha przekładająca się na brak zrozumienia dla ludzi popełniających błędy, oraz na pragnienie wypełniania przykazań dla umocnienia samooceny i fałszywego przekonania o swojej pobożności. Zrozumiałem to trzeciego dnia rekolekcji.

Dzień ten zbiegł się w czasie z pierwszym piątkiem miesiąca, a więc również z planowaną spowiedzią. Z początku zastanawiałem się, czy do niej przystąpić – spowiadałem się w poniedziałek, a od wtorku uczestniczyłem w rekolekcjach, jednak postanowiłem skorzystać z tego sakramentu. Wydarłem więc kartkę z zeszytu i udałem się do sanktuarium obrazu Jezusa Miłosiernego. Zacząłem wypisywać grzechy, z których wcześniej nie wyjawiłem nie ze wstydu czy innej podobnej motywacji, lecz z najzwyklejszego braku świadomości zła, jakie czyniłem. Pisałem dalej i dalej, wkrótce kartka zapisywana maczkiem się wypełniła, a godzina przeznaczona na rachunek sumienia i medytację skończyła, ledwo wystarczając na pierwszą z tych praktyk. Mam taki zwyczaj, że w rozważaniach fragmentów Pisma Świętego często zwracam uwagę na liczby, a potem szukam ich symboliki. Tym razem miałem takie natchnienie, żeby policzyć, ile grzechów wypisałem. Okazało się, że uświadomiłem sobie ich 50. Pięćdziesiąt. Tylko tych, z których istnienia zdaję sobie sprawę. Okazało się, że liczba i tym razem miała swoje przesłanie. To przecież tyle, ile razy powtarzamy wezwania Koronki do Bożego Miłosierdzia, a także liczba „Zdrowaś Maryjo” w części różańca. Tego dnia po raz pierwszy udało mi się świadomie odmówić te modlitwy, pragnąc choć w części wynagrodzić za moje grzechy Panu Bogu i tym, których krzywdziłem.

Chciałbym jednak tutaj jeszcze dotknąć mojej spowiedzi. Wyznałem wszystkie grzechy z kartki, oczekując słów pocieszenia od kierownika duchowego oraz ogromnej ulgi. Tak się jednak nie stało. Ojciec, który mnie prowadził, człowiek niesamowicie pokorny, skierował do mnie bardzo neutralną naukę, której efektem było moje przygnębienie. Miałem już wychodzić z pokoju, ale wtedy nastąpiło wydarzenie, które wywróciło do góry nogami moje dotychczasowe patrzenie na Boga i na mnie samego. Dostałem takie natchnienie(nie wątpię, że od Ducha Świętego), aby o tym przygnębieniu powiedzieć spowiednikowi, tak też zrobiłem. Ojciec natomiast powiedział mi, że to po raz kolejny ujawnia się moja pycha, która nie pozwala mi radować się z Bożego Miłosierdzia, które uwalnia mnie ze wszystkich grzechów, bo ponad to stawia moje doświadczenie słabości i grzeszności. Dopiero w tym momencie uświadomiłem sobie, jak wielka jest moc szatana, który pozwolił mi wypisać moją pychę na kartce, wyjawić ją w spowiedzi świętej, a pomimo to – dalej praktycznie nie być jej świadomym. Tym bardziej jednak mogłem doświadczyć PRZEOGROMNEJ MOCY BOGA, który w jednym, po ludzku małym natchnieniu przyszedł i zburzył cały misterny, szatański plan. To był punkt kulminacyjny moich rekolekcji. Od tego czasu zakochałem się w Bożym Miłosierdziu. Msza Święta już nie była nieudolną modlitwą, tylko rzeczywiście ofiarą, oczywiście najpierw Bożą, ale również moją, w której mogłem Bogu oddać moje dobre uczynki, ale również słabości i grzechy. Przyjmując Komunię Świętą nie potrafiłem opanować łez szczęścia z powodu pochylenia się Boga nade mną właśnie takim, jakim jestem, bez warunków odnośnie mojej grzeszności i niedoskonałości, co więcej- zrozumiałem, że owa grzeszność, słabość i niedoskonałość jest Jego wolą – przecież nie stworzył mnie takim dlatego, że nie wyszło Mu lepiej. W adoracji Najświętszego Sakramentu doświadczyłem szczerej rozmowy z Bogiem, możliwości powierzenia Mu najczarniejszych obszarów umysłu, duszy i ciała, tych, których istnienie najchętniej wyłączyłbym ze swojej świadomości, bo boję się do nich przyznać przed samym sobą.

W tym miejscu chciałbym jeszcze raz pochylić się na doświadczeniem medytacji, która w rekolekcjach ignacjańskich pojawia się najczęściej. Pisałem już o wymowie fragmentów Biblii, ale teraz chciałbym przywołać jedną, konkretną medytację – była to ostatnia medytacja, przed śniadaniem w dzień wyjazdu. Była dla mnie bardzo ciężka – miałem wiele rozproszeń, nie mogłem się skupić, musiałem ją w pewnym momencie przerwać – chciałem już ją kończyć, ale mając na względzie słowa Ojca, który prowadził rekolekcje aby wytrwać, bo nie jest najważniejsza nasza dyspozycja, ale spotkanie z Bogiem – postanowiłem zostać jeszcze chwilę. Tuż przed momentem, kiedy musiałem iść na śniadanie, ta medytacja rzeczywiście stała się prawdziwym spotkaniem Boga – tym razem to nie ja mówiłem, tylko mówił do mnie Bóg, i to nie tak jak przemawia przez natchnienia czy podsuwając nam interpretacje fragmentów Pisma Świętego. Po prostu przemawiał do mnie – wyraźnie słyszałem Jego głos. Kilka razy w czasie tych rekolekcji ocierałem się o takie doświadczenie, lecz w pewnym momencie uświadamiałem sobie, że podsuwam Panu Bogu moje wyobrażenia, myśli, pragnienia chcąc samemu siebie utwierdzić w przekonaniu, że moja wola jest dobra. Tym razem było inaczej. Pan przyszedł do mnie i ze względu na spokój, jaki we mnie panował byłem pewien, że to On, a nie żaden wytwór mojej wyobraźni. Trwaliśmy chwilę w tym duchowym dialogu, a w końcu usłyszałem, abym wrócił do Basi. Jeszcze tego samego dnia byliśmy znów razem, i jesteśmy naprawdę szczęśliwi!

CHWAŁA PANU!!!

Wojtek 26.07.2014r.

 

Miłość Chrystusa do nas wyzwala z nałogów.

          Chcę zaświadczyć przed Wami , że Jezus żyje i uzdrawia tu i teraz. Chcę Wam opowiedzieć o tym jak Jezus mnie dotknął , jak mnie uzdrowił ,jak mnie uwolnił i jak zmienił moje życie.

Mam na imię Witek . Urodziłem się 54 lata temu . W wieku 17 lat zacząłem palić papierosy i nie mogłem przestać przez 36 lat . Pić nałogowo zacząłem jak miałem lat 28 i nie mogłem przestać przez 25 lat .

Wielokrotne podejmowane przeze mnie próby pozbycia się nałogów nie przynosiły rezultatów.  Widziałem jak niszczę życie innych i moje własne życie. Widziałem tę spaloną ziemię za sobą. Widziałem zło , które karmię i nic nie mogłem zrobić . Doskonale wiedziałem , że przez alkohol straciłem wszystko co było dla mnie ważne i co kochałem . Mimo tej świadomości nie potrafiłem przestać pić. Po bardzo krótkich , najwyżej kilkudniowych okresach abstynencji zawsze wracałem do picia.

Rok temu zwróciłem się wreszcie o pomoc do Boga . Zacząłem chodzić na msze o uzdrowienie i prosić Jezusa o uwolnienie z moich nałogów. Prosiłem jednak nie oto abym przestał pić i przestał palić , ale o to abym wyszedł z nałogu .Abym mógł pić i palić dalej ,ale już w sposób kontrolowany. Pomimo moich próśb piłem i paliłem jak dawniej. Jedyną zauważalną zmianą u mnie była pojawiająca się coraz większa potrzeba rozmowy z Bogiem i czytania Słowa Bożego .Zacząłem coraz więcej czasu spędzać na modlitwie . Pytałem się Jezusa dlaczego mnie nie uzdrawia choć Go  o to proszę ?

Cztery miesiące temu wreszcie zrozumiałem , że Jezus chce mieć gwarancję ode mnie , że po uzdrowieniu będę „grał” w Jego „drużynie” i dla Niego . Że nie chce abym po uzdrowieniu budował zło . Że czeka na moje bezwarunkowe „TAK” dla Niego . Że nie wejdzie w moje życie jeśli ja sam Go do niego nie zaproszę . Że czeka  ,aby z mojej strony zaproszenie było bez żadnego mojego „ale”.

Wtedy coś we mnie „pękło” i powiedziałem : nie moja lecz Twoja wola , oddaję Ci siebie całego i bez zastrzeżeń , uzdrów mnie Panie , proszę ,na Twoich warunkach.

Nie wiem jak To się stało . Ale się stało . To co po ludzku było niemożliwe stało się możliwe.. Następnego dnia rano ,po obudzeniu, poczułem bardzo silną potrzebę spowiedzi . Jak się domyślacie, u spowiedzi nie byłem tak dawno , że trudno mi było przed jej rozpoczęciem określić kiedy.

Po pojednaniu z Bogiem poczułem ogromną ulgę , radość i pokój w sercu. Od tamtego dnia nie piję i nie palę . Jezus zabrał mi moje nałogi bez żadnych skutków ubocznych , bez głodu i pokusy. Od tego dnia nie miałem nawet przebłysku myśli żeby zapalić lub się napić. Bez żadnych „ludzkich terapii” ,bez tabletek . Czuję się tak jak bym nigdy nie pił i nie palił .

Moja wiara mnie uzdrowiła – tak jak Pan obiecał .Jezus czekał tylko na moje „tak”.

Pragnę Was również zapewnić , że Jezus nie uzdrowił mnie wybiórczo . On uzdrowił i uwolnił mnie całego . Zmienił i zmienia moje życie i życie osób wokół mnie .

Za jedno moje „tak” dał mi wszystko , dał mi Pokój , dał mi Miłość, dał mi Siebie .

To co mi dał ja Wam daję. Jezus żyje i uzdrawia tu i teraz. Chwała Panu.

 Witek 04.04.2013 , Łódź

Owoce uczestnictwa w Domowym Kościele

„Od ponad trzech lat jesteśmy małżeństwem i niemal od początku włączyliśmy się we wspólnotę Domowego Kościoła z pragnieniem, aby Bóg prowadził nas w naszej relacji i we wspólnym życiu. Przyłączyliśmy się do nowo powstającego kręgu, gdzie razem z nami przymierzało się do tworzenia wspólnoty jeszcze pięć innych par.
Naszą motywacją było to, aby pośród powszechnego zamętu wokół rodziny i kryzysu trwałości małżeństwa zrobić wszystko, aby naszą relację pielęgnować i pogłębiać w oparciu o żywą relację z Bogiem. Wiedzieliśmy, że jeżeli w naszych staraniach wykluczymy Boga to nic, albo niewiele uda nam się osiągnąć. Dlaczego? Bo jesteśmy tylko ludźmi, z mnóstwem większych i mniejszych wad, słabości etc. Wiedzieliśmy, że potrzebujemy Boga, aby żyć pełniej, i jako osoby, i jako małżonkowie, i przyszli rodzice.

Owocem naszego udziału we wspólnocie Domowego Kościoła z pewnością jest wspólny dialog małżeński czyli dar spotkania ze sobą w obecności Boga. Dla nas jest to zarazem rozmowa i wspólna modlitwa, dialog, w którym otwieramy się na siebie omawiając to, co w naszym odczuciu zbliża lub oddala nas od siebie, dziecka, innych ludzi, a także Boga. Tu nie ma miejsca na atak czy udawanie. Naszym wspólnym odczuciem jest to, że przez te spotkania Bóg nas oczyszcza, wzmacnia, leczy, daje wskazówki w świetle rozważanego Słowa Bożego, daje wzajemne poznanie. Bóg scala nas, jednoczy jako małżeństwo i prowadzi w tym procesie w takim tempie, które jest dla nas najlepsze.

Innym owocem ,równie ważnym, jest to, że rozwinęła się nasza modlitwa – osobista, małżeńska i rodzinna. Modlimy się korzystając z psalmów, w których znajdujemy konkretne natchnienia ducha Świętego pasujące do aktualnych sytuacji życiowych, mamy też rodzinną litanię do Świętych szczególnie nam bliskich oraz spontanicznie dziękujemy za otrzymane dary i prosimy o potrzebne nam błogosławieństwa. Widzimy jak dzięki modlitwie uczymy się tego, co nam jest naprawdę potrzebne, jak lepiej spożytkować czas, komu i jak pomóc, znajdujemy więcej cierpliwości i pomysłów potrzebnych w wychowaniu naszego syna.

Kolejnym darem jest to, że uczestnicząc w spotkaniach wspólnoty mamy kontakt z innymi małżeństwami, które wzajemnie się wspierają nie tylko na drodze wiary, ale i w codziennym życiu. Uczymy się otwierać na potrzeby innych osób, organizujemy pomoc materialną i duchową dla potrzebujących, staramy się pomagać w przezwyciężaniu problemów, prosimy o pomoc dla siebie.

Mamy przekonanie, że uczestnicząc w Domowym Kościele wchodzimy na drogę życia nazaretańskiego, podążamy śladami Świętej Rodziny i zapraszamy Ją do naszego życia.”

Agnieszka i Darek, 30.12.2012r.