Konferencje na pielgrzymkowe 2015

24
Sie

Wierzcie w Ewangelię

Dzień pierwszy

patron pierwszego dnia: Jan  Beyzym

Uwierzyć w Ewangelię to wyruszyć na drogi świętości. Życie Jana Beyzyma pokazuje, że świętość to nie jest troska o oto, by być w porządku. Jana Beyzyma „nosi”. Mógł poprzestać na tym, że był dobrym wychowawcą młodzieży. Jednak szukał czegoś więcej. Został misjonarzem wśród trędowatych na Madagaskarze. I to mu było mało. Gdy już dobrze funkcjonował szpital przez niego założony, marzył o działalności wśród katorżników na Sachalinie.

 

1. Wierzyć znaczy wyruszyć w drogę.

Gdy Jezus powoływał uczniów, wzywał ich do wyruszenia w drogę. Piotra i Andrzeja wezwał nad Jeziorem Galilejskim: „Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi” (Mt 4,19). Tymi samymi słowami „pójdź za Mną” wezwał Filipa (J 1,43) oraz Mateusza, którego ujrzał „siedzącego w komorze celnej” (Mt 9,9). Jezus ustanowił Dwunastu, „aby Mu towarzyszyli” (Mk 3,14). Sam Jezus był nieustannie w drodze. Żeby Mu towarzyszyć, trzeba było z Nim iść. Piotr usłyszał po raz drugi wezwanie „pójdź za Mną”, gdy zmartwychwstały Chrystus trzykrotnie zapytał „czy miłujesz Mnie?” (J 21,19).

 

Uczniowie wyruszali w drogę, to znaczy zostawiali coś za sobą, porzucali dotychczasowy świat. Andrzej i Piotr – porzucili brzeg jeziora. Byli rybakami. Cóż rybak może robić z dala od wody? Porzucili to, co zapewniało im byt, co dawało poczucie bezpieczeństwa. Podobnie trudną decyzję podjął Mateusz, a może nawet trudniejszą. Rybacy w każdej chwili mogli wrócić do swego zajęcia. Widzimy ich przecież nad Jeziorem Galilejskim po zmartwychwstaniu Jezusa. Mateusz porzucając „komorę celną” wyłączył siebie z kasty celników. Urządził dla nich pożegnalną ucztę, na której obecny był również Jezus, co wywołało zresztą oburzenie faryzeuszów: „Dlaczego wasz Nauczyciel jada wspólnie z celnikami i grzesznikami?” (Mt 9,11). Mateusz zdawał sobie sprawę, że opuszczając środowisko celników otoczonych pogardą, nie ma gwarancji, że będzie przyjęty gdzie indziej.

 

Dla uczniów, którzy wyruszyli w drogę, o tym, co przed nimi, nie wiedzieli nic. Jedyne, co było pewne, to fakt, że idą za Jezusem. Szli za Tym, który o sobie mówił: „Lisy mają nory i ptaki powietrzne – gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć” (Mt 8,20). Gdy Jezus zapowiadał mękę i śmierć, nie chcieli tego słuchać. Piotr mówi: „Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie” (Mt 16,22). „A kiedy byli w drodze, zdążając do Jerozolimy, Jezus wyprzedzał ich, tak że się dziwili” (Mk 10,32). Zdawali sobie sprawę, że pójście z Jezusem do Jerozolimy jest niebezpieczne. Gdy Jezus postanowił udać się do Łazarza, uczniowie próbowali Go odwieźć od tego pomysłu. W końcu zrezygnowany Tomasz mówi do współuczniów: „Chodźmy także i my, aby razem z Nim umrzeć” (J 11,16). Wyruszyć w drogę mogli ci, którzy zaufali Jezusowi.

 

Poszli za Jezusem, bo po Nim spodziewali się spełnienia obietnic. Motywem pójścia nie jest ucieczka od czegoś (od zła, świata, grzechu, bezsensu życia), ale wybór dobra, czyli Bożego zamysłu wobec nas. Choćby to dobro było jeszcze nierozumiane. Piotr usłyszał „zejdź Mi z oczu, szatanie”. W drodze do Jerozolimy uczniowie sprzeczali się o pierwsze miejsca w Królestwie Jezusa, choć Jezus zapowiadał, że w Jerozolimie spotka Go śmierć. To, czego spodziewali się po Jezusie domagało się jeszcze oczyszczenia, ale zawierzyli Jemu, dali się poprowadzić.

 

Tym oczyszczeniem i umocnieniem było spotkanie ze śmiercią i zmartwychwstaniem Chrystusa. Odtąd po wszystkie czasy uczniowie Chrystusa żyją „wspominając” Jego śmierć i zmartwychwstanie, co nie znaczy, że są nostalgicznie zapatrzeni w przeszłość; „oczekując” Jego przyjścia w chwale, co nie znaczy, że oderwani od rzeczywistości niecierpliwie wyglądają, aż nadchodzący Pan zrobi porządek w tym świecie. Życie misterium paschalnym jest zanurzone w rzeczywistość, w teraźniejszość. obumierając dla grzechu i otwierając się na nowe życie w Chrystusie, chrześcijanin odnajduje siłę do życie zaangażowanego. Wiara w ostateczne zwycięstwo Chrystusa daje cierpliwość wobec podejmowanych wyzwań. Żyć pomiędzy „już i jeszcze nie”; pomiędzy już dokonanym zbawieniem, ale jeszcze nie objawionym w pełni, znaczy być w drodze, mieć cel, zmierzać do celu, i mieć pewność, że się go osiągnie.

Tak więc widzimy, że uwierzyć w Ewangelię znaczy udać się w drogę. My również wyruszyliśmy w drogę. Dosłownie. Bo rozpoczęliśmy pielgrzymkę. Niech będzie ona okazją do pomyślenia nad tym, co to znaczy „iść za Jezusem”. Co należy zostawić za sobą, od czego się odciąć, dla jakich spraw obumrzeć; a także: ku czemu kierować wzrok, jak dostrzec Jezusa przed sobą? Co to znaczy dać się Mu poprowadzić?

 

2. Wierzyć w grzechów odpuszczenie.

„Bądź grzeczny”, „popraw się”, „tak nie wolno”. Takie zdania słyszeliśmy od dziecka. „Kiedy zmądrzejesz?”; „Nie rób głupstw”, „ucz się”, „pomyśl o przyszłości” słyszeliśmy nieco później w domu, w szkole. Do przemiany wzywają rodzice, nauczyciele. Także ci, którzy pretendują do miana wychowawców narodów, społeczeństw, ludzkości.

Jezus również woła „nawracajcie się”, i to od początku publicznej działalności. Czy Ewangelia czymś się wyróżnia w chórze moralizatorów upominających ludzkość przez wieki?

 

Zwróćmy uwagę na kilka różnic.

Jedna z nich to motyw (powód), dla którego mamy podjąć wysiłek nawrócenia. Nie jest nim doskonałość wymyślona przez siebie lub narzucona przez kogoś, ani pragnienie zadowolenia z siebie, spełnienia własnych ambicji. Pan Jezus wiąże wzywanie do nawrócenia z głoszeniem Królestwa: „bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię” (Mk 1,15). Motywem do nawrócenia jest więc „Królestwo Boże”, czyli obecność Boża pośród nas. Obecność działająca z mocą, przemieniająca mnie i świat. Działająca jak zaczyn (drożdże) w cieście, jak siła, która drobne ziarno rozwija w ogromne drzewo.

 

Nawrócenie jest to taka przemiana, która uzdalnia do przyjęcia Dobrej Nowiny. Jest więc odwróceniem się od grzechu, a także zerwaniem ze wszystkim, co uniemożliwia otwarcie na łaskę. Jan Chrzciciel wołał: „nie myślcie, że możecie sobie mówić: Abrahama mamy za ojca, bo powiadam wam, że z tych kamieni może Bóg wzbudzić dzieci Abrahamowi” (Mt 3,9). Świadomość przynależności do grona wybranych może uśpić sumienie: „już jesteśmy po właściwej stronie, nie musimy nic zmieniać”. Jest to zagrożenie nie tylko faryzeuszy. Można sobie myśleć: jestem OK., bo jestem chrześcijaninem i do tego najlepszym z możliwych – katolikiem, a właściwie superkatolikiem, bo polskim. Młody może myśleć: „nie jestem, jak te stare dewotki”. Starszy myśli: „ach ta dzisiejsza młodzież”. Pesel nie czyni nas lepszymi ani gorszymi.

 

Nawrócenie odrzuca więc wszystkie fałszywe podreperowanie swojego obrazu, odziera z masek, zmywa makijaż. Tak właśnie rozumiemy zapewnienie, że to ubogim głosi się Ewangelię (Mt 11,5), czyli tym, którzy widzą własne ubóstwo, nie zaciemniają sobie oczu fałszywym wyobrażeniem o sobie, licząc, że mogą być dobrzy sami z siebie, albo porównując się z innymi w taki sposób, by korzystnie wypaść: „i tak jestem lepszy od tamtych”.

Wezwanie do nawrócenia, które poprzedza głoszenie Królestwa, jest wołaniem o taką postawę, która otworzy na zbliżającego się Pana i na Jego działanie. Jest wezwaniem do przygotowania się na spotkanie. Naszym zadaniem nie jest posprzątać mieszkania i zaryglować się w środku. Mamy otworzyć drzwi naszego serca Temu, który woła „Oto stoję u drzwi i kołaczę” (Ap 3,20).

 

I tu kolejna różnica pomiędzy wezwaniem do nawrócenia a moralizowaniem. Pan Jezus nie czeka na nas na końcu długiej drogi, na której musielibyśmy się męczyć sami. Jego łaska nie jest nagrodą za dobre sprawowanie. On jest z nami od początku. Właśnie dlatego, że jesteśmy grzeszni, że potrzebujemy pomocy. Do faryzeuszów oburzonych na to, że Jezus poszedł do celnika Mateusza i tam jadł posiłek z celnikami, Jezus powiedział: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników” (Mk 2,17). I to samo mówi do nas, gdy ulegamy pokusie podpowiadającej, że nie jesteśmy godni spotkania z Jezusem, Jego spojrzenia, Jego miłości. On jest z nami, bo jest ucieleśnieniem miłości Ojca, a nie dlatego, że zrobiliśmy na Nim świetne wrażenie.

 

Jest z nami, by działać. Stąd kolejna różnica: Jezus nie tylko wzywa, ale i sprawia w nas przemianę. Pan Jezus mówi o sobie, że ma „władzę odpuszczania grzechów” i okazuje to np. uzdrawiając paralityka (Mt 9,6). Owocem nawrócenia nie jest moja osobista mobilizacja do dobra. Z mojej strony ma być otwarcie wyrażone w żalu za grzech. Ale zasadnicze spotkanie dokonuje się właśnie w akcie żalu. Widząc własną niedoskonałość oraz bliskość Jezusa – Jego gotowość do działania w moim życiu, do obdarowania mnie, do włączenia w swoje królestwo – ja mam „tylko” zgodzić się na Niego, na Jego działanie, Jego królowanie w moim życiu.

 

„Wierzę w Ewangelię” to znaczy wierzę, że jest w niej moc przemiany. Wsłuchuję się w orędzie, które nie tylko ukazuje mi ideał, do którego powinienem dążyć, bo samo słuchanie jest już spotkaniem z Autorem tego orędzia. Jezus, który mnie wzywa nie czeka na końcu drogi, tylko jest już w tym wezwaniu.

 

Gdy dziś wieczorem przystąpisz do spowiedzi, nie myśl tylko tyle, że skorzystałeś z duchowej kąpieli, zostawiłeś ciężar, jesteś czysty, wolny od grzechu. To jest prawda, ale tylko częściowa. Jezus nie obiecuje wolności od brudu, czystości oddzielającej nas od świata (jakiej pragnęli faryzeusze). Jezus nas wypełnia sobą, swym Duchem, przygotowuje na spotkanie z sobą w głębi naszego serca. Obiecuje królestwo, którego nie mamy spodziewać się „tu czy tam” (por. Mk 13,21: I wtedy jeśliby wam kto powiedział: Oto tu jest Mesjasz, oto tam: nie wierzcie”). Mamy zapraszać Jezusa do serca. Człowiek nawrócony to ten, kto pragnie, by w nim gościł Jezus i Jego królestwo.

Nie wierzę we własną doskonałość, we własne nieograniczone możliwości, że sam sobie ze wszystkim poradzę. Wierzę w Dobrą Nowinę o odpuszczeniu grzechów

 

Dzień drugi

patron dnia drugiego: Marcel Van

Mało znany u nas wietnamski kandydat na ołtarze, brat w zgromadzeniu redemptorystów, porównywany ze św. Teresą z Lisieux. Można powiedzieć, że autor „małej drogi” w wydaniu męskim. We wszystkim, co przeżywał, był blisko Jezusa. Dlatego może być patronem dnia, w którym patrzymy na adresatów Ewangelii – ewangelicznych „prostaczków”.

„Nie patrzę ani w dal, ani na to, co blisko mnie, patrzę jedynie na Tego, którego kocha moje serce”.

3. Ewangelia głoszona ubogim.

Gdy uwięziony Jan Chrzciciel zwątpił, czy Jezus jest rzeczywiście oczekiwanym Mesjaszem, wysłał do Niego swych uczniów. A ci usłyszeli w odpowiedzi między innymi, że: „ubogim głosi się Ewangelię” (Mt 11,5). Właśnie ten fakt, że „ubogim głosi się Ewangelię”, miał być znakiem rozwiewającym wątpliwości Jana Chrzciciela. Dlaczego? – Gdyż takie były obietnice mesjańskie. „Pan mnie namaścił. Posłał mnie, by głosić dobrą nowinę ubogim”, czytamy w Księdze Izajasza (Iz 61,1). W synagodze w Nazarecie tę charakterystykę powołania proroka Pan Jezus odniósł do siebie (Łk 4,18).

 

Ewangeliczni „ubodzy” są więc pierwszymi adresatami Dobrej Nowiny. Kim oni są? Ci, za których Jezus wielbi Ojca: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom” (Mt 11,25). Jezus „mądrych” przeciwstawia „prostaczkom”, czyli tym, którzy są „dziecięcy” (takie jest pierwsze znaczenie tego słowa). Gdy próbujemy zrozumieć, co to znaczy „prostaczkowie”, rodzą się tutaj różne pytania: Czy wiedza przeszkadza w wierze? Czy wiara utwierdza w infantylizmie? A może usprawiedliwia zwolnienie się z używania rozumu? Może Ewangelia jest tylko dla słabych, dla nieszczęśliwych? Może wystarczy wierzyć i będę mądrzejszy od wszystkich? Niewłaściwe przeciwstawianie „mądrych” i „prostaczków” jednych odpycha od Ewangelii, bo nie chcą być „prości”, a innych utwierdza w niedojrzałości. Trzeba więc bliżej się przyjrzeć tym, za których Jezus dziękuje Ojcu. Trzeba zrozumieć, byśmy pragnęli takimi być.

 

Św. Mateusz podsumowując działalność Jezusa w Galilei jednocześnie charakteryzuje Jego słuchaczy: „Jezus obchodził wszystkie miasta i wioski. […] A widząc tłumy ludzi, litował się nad nimi, bo byli znękani i porzuceni, jak owce nie mające pasterza” (Mt 9,35.37).

Natomiast św. Łukasz pisze, że tłumy schodziły się do Jezusa, „aby Go słuchać i znaleźć uzdrowienie ze swych chorób”. Starali się „Go dotknąć, ponieważ moc wychodziła od Niego i uzdrawiała wszystkich” (Łk 6,18n).

Są jednak i inni. Tacy, w których sercu nie ma żadnego oczekiwania wobec Jezusa. Dobra Nowina nie zapada w serca, które są zadowolone z siebie, czy też wypełnione uprzedzeniami, ambicjami, pretensjami, niecierpliwością. Dla takich Ewangelia jest zgorszeniem, budzi dyskusje, krytyki, gniew. W sercu zawziętym budzi się nawet chęć zgładzenia Jezusa, dlatego że uzdrowił w szabat (np. Mt 12,14). Zatwardziałość jest jak nieuleczalna ślepota: „Zostawcie ich! To są ślepi przewodnicy ślepych” (Mt 15,14).

Ewangeliczni „prostaczkowie” są otwarci, poszukujący, spragnieni słowa Bożego i spotkania z Jezusem. W taki sposób przeżywają swą „małość”, że otwierają się na Jezusa. I to jest podstawowa cech ewangelicznych „ubogich”.

 

Wymieńmy jeszcze inne cechy. Adresaci Dobrej Nowiny:

  • Przyjmują ją z dziecięcą ufnością i prostotą. „Zaprawdę, powiadam wam: Kto nie przyjmie królestwa Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego” (Mk 10,15).
  • Są pełni wiary, jak setnik: „Zaprawdę powiadam wam: U nikogo w Izraelu nie znalazłem tak wielkiej wiary (Mt 8,10).
  • Wolni są od przywiązań, gdyż „Bogaty z trudnością wejdzie do królestwa niebieskiego (Mt 19,23).
  • Nie pokładają nadziei we własnej sile, przyjmując słowa: „Nie bój się, mała trzódko, gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam królestwo” (Łk 12,32).
  • Są silni przez zdecydowanie, konsekwencję. „Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego” (Łk 9,62).
  • Gotowi są na trudy. Nie wycofują się słysząc słowa: „Lisy mają nory i ptaki powietrzne – gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć (Mt 8,20).
  • Wierzą, że będą mieć wszystko, co trzeba, jeśli sami zaangażują się w budowanie Królestwa: „Starajcie się naprzód o królestwo /Boga/ i o Jego Sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane” (Mt 6,33).
  • Są odważni dzięki ufności w Bogu: „U was zaś nawet włosy na głowie wszystkie są policzone. Dlatego nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli” (Mt 10, 30n).
  • Mogą nawet robić wrażenie gwałtownych, choć nikogo nie ranią: „A od czasu Jana Chrzciciela aż dotąd królestwo niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je” (Mt 11,12).

 

Widzimy więc, że ewangeliczni „prostaczkowie” nie są niedorajdami życiowymi, słabeuszami, którym w życiu się nie udało i dlatego w religii szukają pociechy. Ewangeliczny ubogi ma w sobie ducha dziecięctwa, ale nie jest infantylny; prosty, ale prostotą, która jest owocem ciężkiej pracy. Jest „ubogi”, ale nie pusty w środku. Jest pozbawiony pychy i poczucia samowystarczalności. Tak przeżywa swoją małość, niewystarczalność, że jest otwarty na Boże działanie w nim i przez to staje się silny, odważny, wielkoduszny, gotów na wiele.

 

Odpowiedzmy sobie na pytanie, jakie jest nasze wyobrażenie ewangelicznych „ubogich”, bo przecież do nich skierowana jest Ewangelia. Na ile utożsamiam się z powyższą charakterystyką adresata Ewangelii? Gdy odpowiem na te pytania, będę wiedział, na ile jestem gotów przyjmować Ewangelię, jakim jestem gruntem dla ziarna Dobrej Nowiny.

 

 

4. Jezus głosi Ewangelię Królestwa.

Wiemy już, że adresatami Ewangelii są „ubodzy”, „prostaczkowie”, dlatego, że są otwarci, gotowi przyjąć. Co to znaczy przyjąć Ewangelię? Co nam Jezus przekazuje,  jak streścić Jego nauczanie?

Ewangeliści podsumowując nauczanie Jezusa piszą, że głosił On Ewangelię o królestwie Bożym (Łk 8,1; Mt 4,23). Treścią nauczania Jezusa jest więc Królestwo, królowanie Boga. Choć Pan Jezus zachęca, byśmy ponad wszystko starali się o Królestwo Boże (Mt 6,33), choć każe się o nie modlić w jedynej modlitwie, której nas nauczył (przyjdź Królestwo Twoje – Mt 6,10), to jednak nie wyjaśnia wprost, o co w nim chodzi, nie podaje jego definicji.

Mówi, że Królestwo przychodzi wtedy, gdy słowo Boże wsiewane jest w serca ludzi na wzór ziarna rzucanego w rolę (Mt 13,3nn), a wzrasta dzięki wewnętrznej mocy, jak ziarno gorczycy (Mt 13,31) lub zaczyn w cieście (Mt 13,33).

Choć ma w sobie moc, jak ziarno, które kiełkuje i rośnie w dzień i w nocy (Mk 4,27), to domaga się współpracy, pomnażania, jak to Jezus ilustruje przypowieścią o talentach (Mt 25,14nn).

Królestwo wiąże się z nową skalą wartości. Pokutujący celnik bliższy jest Królestwu niż porządny faryzeusz (Łk 18,10); żebrak Łazarz – od beztroskiego bogacza (Łk 16,19nn).

Zasadą postępowania dzieci Królestwa jest „nowe przykazanie”. Uczony w Piśmie, który wie, że pierwszym przykazaniem jest miłość Boga i bliźniego, słyszy z ust Jezusa: „Niedaleko jesteś od królestwa Bożego” (Mk 12,34).

To nowe przykazanie wyraża w miłości Boga całym sercem (Mt 22,37) oraz w miłości bliźniego, która jest zdolna:

  • do kochania nawet nieprzyjaciół (Mt 5,44);
  • do przyjścia z pomocą każdemu potrzebującemu z pomocą (czego przykład Jezus daje w przypowieści o miłosiernym Samarytaninie – Łk 10,30nn);
  • do przebaczania (bo ten, kogo obdarzono miłosierdziem, nie może poprzestać na ludzkiej sprawiedliwości – przypowieść o nielitościwym współsłudze, Łk 18,23nn).

 

Królestwo może zdobyć ten, który dla niego wszystko poświęci, jak ktoś, kto sprzedaje wszystko, by zdobyć skarb ukryty w roli, czy też kupić drogocenną perłę (Mt 13,44nn).

Domaga się ono zachowania czujności: Na ucztę wejdą te panny, którym wystarczy oliwy (Mt 25,1nn), a czuwający słudzy zostaną nagrodzeni w ten sposób, że sam pan będzie im usługiwał (Łk 12,37).

Budzi opór. Dziedzic jest odrzucony przez przewrotnych dzierżawców winnicy (Mt 21,33); zaproszeni nie chcą przyjść na ucztę (Mt 22,2nn).

 

Kto jednak je przyjmie, będzie napełniony Bożą radością, jak pasterz, który odnalazł zagubioną owcę, jak kobieta, która znalazła zgubioną drachmę. Kto, kto odkrył Królestwo Boże, nie czuje się jednak, jakby sam coś znalazł, lecz czuje się odnaleziony – jak syn marnotrawny – przez wznoszącą się ponad wszystko miłość Boga, i dlatego też potrafi się cieszyć z tych, którzy się odnaleźli – inaczej niż starszy brat z przypowieści, który oburzył się i na brata i na ojca (Łk 15).

 

Jezus głosił Królestwo w przypowieściach. Część z nich przed chwilą przywołaliśmy. Obraz mocniej niż abstrakcyjna definicja pobudza wyobraźnię, wolę, zachęca do zaangażowania się. Jak na mnie „działają” Jezusowe obrazy. Czuję się przez nie zachęcany, by pójść za Nim? Czy daję się porwać słowu Jezusa? Czy jestem człowiekiem Królestwa Jezusowego?

Po czym to poznać? Czy pragnę coś wielkiego czynić z Jezusem, czy wystarczy mi, że czuję się w porządku, gdy nie popełniam zła? Czy przez wiarę w Jezusa budzi się pragnienie dobrego zaangażowania, czy tylko troska o to, żebym nie podpadł, nie przekroczył przepisów. Św. Paweł pisze: Królestwo Boże to nie sprawa tego, co się je i pije, ale to sprawiedliwość, pokój i radość w Duchu Świętym (Rz 14, 17).

W gotowości współpracy z łaską Bożą w realizacji Bożych zamysłów, we własnych pragnieniach zgodnych z wolą Bożą, zobaczmy bliskość Królestwa: „Oto bowiem królestwo Boże pośród was jest (Łk 17,21).

 

 

 

Dzień trzeci

patron dnia trzeciego

Św. Hieronim, pasjonat Słowa Bożego. Tłumacz, komentator. Także człowiek żyjący słowem Bożym i przewodnik duchowy. Najbardziej znane jego słowa: „Nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa”.

 

5. Słowem Ojca jest Jezus.

Przyjąć głoszoną przez Jezusa Ewangelię nie oznacza uznania jakiejś teorii, wizji urządzenia świata. Przyjmujemy Osobę. Jezus mówi o sobie: „Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem” (J 14,6). Jezus nie mówi: „przyjmij moje nauczanie” lecz „pójdź za Mną”.

By zrozumieć, co to znaczy iść za Jezusem i naśladować Go, przyjrzyjmy się, co Jezus mówi o sobie. Przede wszystkim mówiąc o sobie, to odwołuje się do relacji z Ojcem. „Miłuje Mnie Ojciec” (J 10,17; por. 5,20). „Ja i Ojciec jedno jesteśmy” (J 10,30). Naśladować Jezusa znaczy wejść w Jego relację z Ojcem. Tak zjednoczyć się z Jezusem, by dać się ogarnąć miłości Ojca do Syna. Przyjąć łaskę dziecięctwa, usynowienia. To On jest prawdziwym pierworodnym synem, który nie oburza się z powodu powrotu marnotrawnego brata, ale sam przyprowadza do Ojca zbuntowanych i grzesznych.

Ewangelie mówią nieco o tym, w jaki sposób tę więź z Ojcem Jezus przeżywa. Możemy zwrócić uwagę na modlitwę Jezusa, na to, że nawet całe noce trwał na modlitwie. Możemy zobaczyć Jezusa, jak rozradował się w Duchu Świętym. Jednak daleko od prawdy będziemy, gdy zjednoczenie z Ojcem będziemy sobie wyobrażali jako jakiś stan „wniebowzięcia” już na ziemi, oderwania od codzienności, zanurzenia w inny, przyjemniejszy, lepszy świat.

Gdy Jezus mówi o relacji z Ojcem, to także w ten sposób:   „posłał Mnie Ojciec”. Ojciec posłał Syna, a Syn jest posłany. Bóg tak umiłował świat, że dał swojego Syna, a Syn daje siebie. Akt Ojca i Syna stanowią jedno. Zjednoczenie Syna Bożego, który stał się człowiekiem, w Jego ziemskim życiu przeżywane jest jako zjednoczenie woli: Syn pragnie tego samego, co Ojciec. To zjednoczenie pragnień nazywamy posłuszeństwem. Pragniemy zjednoczenia z Jezusem, pragnijmy wypełnienia się woli Ojca w nas. Naśladujmy Jezusowe posłuszeństwo.

Jezus głosił Ewangelię Królestwa w przypowieściach. Obrazy użyte przez Jezusa działają na wyobraźnię, by ostatecznie pobudzić wolę do działania. Jezus nie tylko chce, byśmy dobrze zrozumieli, o co Mu chodzi. Także o to, byśmy się zaangażowali: „Nie każdy, który Mi mówi: Panie, Panie!, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie” (Mt 7,21).

 

Przyjrzyjmy się Jezusowi przez pryzmat Jego posłuszeństwa Ojcu.

Pierwsze słowa wypowiedziane przez Jezusa są skierowane do Maryi i Józefa: „Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?” (Łk 2,49). Ewangelista nie notuje, jakim tonem te słowa Jezus powiedział. Możemy sobie wyobrazić, że ze zdziwieniem: dlaczego Rodzice nie wiedzieli, gdzie Go szukać? Przecież to oczywiste, że jest tam, gdzie powinien być, że tą powinnością są „sprawy Ojca”.

Ostatnie słowa, jakie odnotowuje św. Łukasz, to: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego” (Łk 23,46). Te pierwsze i ostatnie słowa stanowią klamrę życia w całkowitym oddaniu Ojcu.

Widzimy to oddanie w rozmaity sposób.

Sam Jezus mówi o sobie: „Moim pokarmem jest wypełnić wolę Tego, który Mnie posłał, i wykonać Jego dzieło” (J 4,34).

Przed ważnymi decyzjami, jak na przykład przed wyborem Dwunastu, Jezus spędza noc na modlitwie. Możemy się zastanawiać, czy musiał? Czy sam nie wiedział, kogo ma wybrać? Co Mu ta modlitwa dała, skoro wybrał m. in. takiego Judasza? W modlitwie widzimy sposób pogłębiania i przeżywania zjednoczenia z Ojcem. Z głębi tego zjednoczenia płynie wybór. Decyzja Jezusa = wybór uczniów płynie z głębi serca Bożego (co nie odbiera im wolności; nie są skazani na świętość, są zdolni nawet do zdrady).

Syn Boży stawszy się człowiekiem posiada ludzką wolę i ludzką wolność. Posłuszeństwo nie jest biernym poddaniem, ale zdobywaniem się na wierność, dorastaniem do woli Ojca, przełamywaniem siebie: swoich lęków, niepewności. Jezus – doskonale zjednoczony z Ojcem – nie jest wolny od zmagań. Najwyraźniej to zmaganie wewnętrzne widzimy w Ogrójcu. Jezus modli się: „Abba, Ojcze, dla Ciebie wszystko jest możliwe, zabierz ten kielich ode Mnie! Lecz nie to, co Ja chcę, ale to, co Ty [niech się stanie]!” (Mk 14,36). Jezus zdobywa się na wierność przezwyciężając lęk przed cierpieniem i śmiercią. Posiada ludzką wolność, jest poddany ludzkiemu lękowi, ale jest jednocześnie doskonale posłuszny.

 

Czego dowiadujemy się o Jezusie widząc Go zjednoczonego z Ojcem w posłuszeństwie? – „Niech świat się dowie, że Ja miłuję Ojca, i że tak czynię, jak Mi Ojciec nakazał (J 14,31).” Ta miłość Syna jest odpowiedzią na miłość Ojca: „Ojciec miłuje Syna i wszystko oddał w Jego ręce” (J 3,35).

 

Mamy patrzeć na Jezusa, iść za Nim. Co w Nim mamy naśladować? – Jego posłuszeństwo płynące z miłości do Ojca i do świata, wydanie woli Ojca, którą jest zbawienie człowieka.

„Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża; co jest dobre, co Bogu przyjemne i co doskonałe” (Rz 12, 2).

 

 

6. Ewangelia przeżywana we wspólnocie Kościoła.

Jezus głosząc Ewangelię Królestwa jednocześnie gromadził uczniów. Ta wspólnota uczniów była pierwszą próbą życia Ewangelią. Temu węższemu gronu Jezus dodatkowo wyjaśniał swoje słowo (np. przypowieść o ziarnie, Łk 8,10nn), zadawał pytania (jak w Cezarei Filipowej: „za kogo Mnie uważacie”, Mt 16,17). Wobec tych najbliższych był bardziej wymagający: „I wy tak niepojętni jesteście?” (Mk 7,18).

 

Po wniebowstąpieniu Chrystusa uczniowie, posłuszni nakazowi misyjnemu „idźcie i nauczajcie wszystkie narody” (Mt 28,19), głoszą Ewangelię, jednocześnie tworząc wspólnoty.

W Dziejach Apostolskich słowa o życiu pierwszej wspólnoty powtarzane są jak refren:

„Trwali oni w nauce Apostołów i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwie” (Dz 2, 42).

„Jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich wierzących. Żaden nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne” (Dz 4, 32).

Wiara w Ewangelię jednoczy. Nie da się nią żyć w pojedynkę, gdyż czerpie z Bożej miłości i wzywa do miłości bratniej. Ewangelia wcielana w codzienne życie tworzy wspólnotę dóbr duchowych i materialnych. Kościół nie stoi na straży filozoficznego światopoglądu, nie jest wspólnotą interpretacji i argumentów, lecz społecznością złożoną z ludzi, którzy otworzyli się na wezwanie Boże, którzy jako wspólnota wierzących przeżywają swą relację z Bogiem i między sobą.

Wierzącym nie przeszkadza, że nie są doskonali, że nie należą do wielkich tego świata. Św. Paweł pisze do chrześcijan w Koryncie: „przypatrzcie się, bracia, powołaniu waszemu! Niewielu tam mędrców według oceny ludzkiej, niewielu możnych, niewielu szlachetnie urodzonych” (1 Kor 1,26). Natomiast wspólnota umiera, gdy nie ma w niej wysiłku życia Ewangelią, nie ma nieustannego powrotu do ewangelicznego ducha, nie ma wysiłku trwania w wierności powołaniu i na miarę godności chrześcijanina.

 

Ewangeliczna zasada jedności ma o wiele głębszą podstawę niż poczucie obowiązku, chęć dawania dobrego przykładu. Wolą Jezusa jest nasza jedność i w związku z tym, to On jest zasadą jedności: „Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami” (J 15,5). To Jezus określa, jak mamy nazywać naszą relację z Nim. „Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego” (J 15,5).

Relacja zaś z Jezusem jest ostatecznie włączeniem w tajemnicę Trójcy Świętej. Zgodnie z modlitwą Jezusa: „aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał.        I także chwałę, którą Mi dałeś, przekazałem im, aby stanowili jedno, tak jak My jedno stanowimy. Ja w nich, a Ty we Mnie!” (J 17,21nn). Cóż za godność, jakie wyróżnienie, jakie zaproszenie! – być włączonym w wewnętrzne relacje Trójcy Świętej. Być kochanym tą samą miłością, którą obdarzony jest Syn.

Ewangelia jest Dobrą Nowiną o człowieku, o tym, kim jest w oczach Bożych. Poczucie przynależności do świata Bożego nie odrywa jednak od codzienności. Z poczucia godności płynie zobowiązanie do pracy nad sobą i relacjami z innymi.

Fałszywe poczucie godności prowadzi dwóch uczniów do chęci zasiadania na pierwszych miejscach w Królestwie Jezusa. Inni na taką prośbę skierowaną do Jezusa oburzają się. Wszyscy słyszą odpowiedź: „Nie tak będzie u was. Lecz kto by między wami chciał stać się wielkim, niech będzie waszym sługą” (Mt 20,26). To zdanie „nie tak będzie u was” powinno być często powtarzane, by w relacjach między chrześcijanami nie zwyciężała pokusa dominacji, niezdrowego współzawodnictwa, porównywania się, próżności. Jezus nie tylko zachęca, by jedni stawali się sługami innych, ale również pozostawia konkretny przykład umywając apostołom nogi, komentując ten gest i postawę: „będziecie błogosławieni, gdy według tego będziecie postępować” (J 13,17).

 

Ewangelii doświadcza się w żywej wspólnocie, czyli takiej, w której nie ustaje wysiłek nawrócenia, przemiany, przezwyciężania podziałów, wychodzenia z zamknięć, uprzedzeń, poczucia wyższości, pychy. Wspólnota kościelna nie musi być idealna. Nie żyje jednak Ewangelią, gdy nie ma w niej wysiłku dążenia do ewangelicznego ideału. Nie ludzie idealni, ale podejmujący wysiłek życia Ewangelią są prawdziwie ewangeliczni i stwarzają przestrzeń, w której dokonuje się przyjście Królestwa Bożego.

 

Dzień czwarty

patron dnia czwartego: św. Tomasz More (Morus)

Przykład „chrześcijanina w świecie”, który jest zaczynem Ewangelii poprzez życie zgodne z własnym sumieniem. Tomasz Morus Nie wyparł się sumienia nawet, gdy tę wierność przypłacił życiem. Wierność nie czyniła go twardym. Był świadkiem Ewangelii także przez to, że zachował pogodę ducha. W więzieniu mówił do strażników: „Gdybym się uskarżał na mieszkanie i wikt, to mnie spokojnie wyrzućcie!”

 

7. Zwycięstwo Ewangelii w świecie.

Gdy w wielkanocny poranek niewiasty weszły do pustego grobu „przestraszone, pochyliły twarze ku ziemi”. Wówczas aniołowie „rzekli do nich: Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych?” (Łk 24,5). W dniu wniebowstąpienia, kiedy uczniowie „uporczywie wpatrywali się w Niego, jak wstępował do nieba, przystąpili do nich dwaj mężowie w białych szatach. I rzekli: Mężowie z Galilei, dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo? […]Wtedy wrócili do Jerozolimy” (Dz 1,10n).

Aniołowie, czyli Boży posłańcy, każą kobietom podnieść głowy do góry, a apostołów z głowami w chmurach – sprowadzają na ziemię. Ci, którzy przyjmują Ewangelię ani nie są przygnębieni, ani nie oderwani od ziemi. Patrzą przed siebie, bo czują się posłani do świata. Ewangelia jest takim orędziem, które sprawia, że ten kto je przyjmie, sam staje się orędownikiem, posłańcem, świadkiem. I chociaż Jezus mówi: „Oto was posyłam jak owce między wilki” (Mt 10,16), to jednak posyła. Przestrzegając, byśmy nie próbowali wilków udawać, a liczyli na Jego moc.

Ci, którzy wierzą w Ewangelię, nie boją się świata, nie ulegają lękom wobec zagrożeń płynących ze świata, raczej w tym, co trudne w świecie, widzą wyzwanie.

Ewangelia jest „mocą Bożą ku zbawieniu dla każdego wierzącego”, jak pisze św. Paweł (Rz 1,16). Tymczasem dziś świat często uważa, że nie potrzebuje „mocy Bożej”, wierząc, że w samym człowieku leżą nieograniczone możliwości; oraz nie szuka oferowanego zbawienia, przekonany, że człowiek sam wie lepiej, co jest dla niego szczęściem i sam może je sobie zapewnić, że sam (lub umawiając się z innymi) może decydować  o tym, co jest dobre, a co złe. I tak świat tworzy duchowość bez Boga i  moralność bez Boga.

Jezus mówi „Jam zwyciężył świat” (J 16,33). Wypowiada te słowa w Wieczerniku, przed męką i śmiercią. A już mówi w czasie przeszłym. Gdzie jest to zwycięstwo, skoro Jezus za chwilę zostanie aresztowany, skazany, zabity? Nie czekamy na zwycięstwo aż do zmartwychwstania. Już w Wieczerniku Jezus jest zwycięzcą. Gdy umywa nogi uczniom, gdy daje do spożycia swoje wydane Ciało, gdy w Ogrójcu mówi „nie moja lecz Twoja wola niech się stanie”. Jezus zwycięża, bo nieustannie jest zjednoczony z Ojcem. Bóg tak umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał” (J 3,16) i Jezus – zgodnie z wolą Ojca – daje siebie nieustannie. Nic nie stoi na przeszkodzie, by był nieustannie darem, Tym, kim chce być w zjednoczeniu z Ojcem. Jezus zwycięża, bo jest wierny posłaniu, misji płynącej od Ojca i Jego miłości. Wierność Ojcu staje się sposobem objawienia Jego miłości.

Jesteśmy zwycięzcami, gdy nic nas nie może odłączyć od miłości Chrystusowej (Rz 8,35), gdy wchodzimy w tę wierność Chrystusa planom Ojca płynącym z Jego miłości. Zwyciężamy świat, gdy potrafimy być w świecie znakiem miłości Ojca przez zjednoczenie z Chrystusem. Jezus zniszczył wrogość, a nie wroga. Chrześcijanin podobnie. Jezus mówił do uczniów: „nie tak będzie między wami”. „Nie tak”, to znaczy: reguły świata nie będą waszymi, reguły walki, sukcesu, zazdrości. Chrześcijanin posłany do świata nie poprzestaje na myśleniu, jak ustrzec się zła świata. Chce świat przemieniać, czyli przenosić w świat te reguły, które dyktuje Ewangelia. Stosuje je nie tylko „między nami”, między swoimi”, ale w świecie. Gdy uczony w prawie, pyta Jezusa, kto jest moim bliźnim, Jezus opowiada przypowieść o miłosiernym Samarytaninie, kończąc pytaniem: „kto okazał się bliźnim?”, i dodał „Idź, i ty czyń podobnie!” (Łk 10,29nn). Jezus nie odpowiada na pytanie, „kto jest moim bliźnim”, tylko pyta, czy ja potrafię być bliźnim dla innych. Zwycięstwo Ewangelii właśnie wtedy dokonuje się we mnie, gdy nie potrzebuję odpowiedzi na to pierwsze pytanie, a staram się okazać bliźnim dla innych.

Samarytanin okazał się bliźnim, bo wiedział, czego potrzebował ów pobity człowiek i potrafił zdobyć się na pomoc. Nie upominał: „trzeba było tędy nie chodzić”; „na drugi raz uważaj”; „zobacz, gdyby nie ja, to byś tu zginął”. Możemy wymyśleć wiele zdań, których przypowieść nie odnotowuje, a które cisną nam się na usta, gdy widzimy kogoś w opałach i czujemy przymus upominania i udzielania mu rad. Niewiele ma to wspólnego wspólnego z głoszeniem Ewangelii. Mówimy, że Ewangelia jest mocą uzdrowienia, użyjmy więc medycznego porównania. Nie wystarczy nauczyć się na pamięć encyklopedii chorób, żeby być dobrym lekarzem. Lekarz może pomóc choremu wiedząc, na co ten konkretny pacjent choruje. Przekaz Ewangelii nie jest przekazem abstrakcyjnej wiedzy, formuł, porad, encyklopedycznej wiedzy na temat zbawienia. Jest dawaniem światu uzdrawiającej łaski Chrystusa. Świadek Ewangelii wie, że okazać się bliźnim można znając potrzeby drugiego oraz mając siłę i ochotę, by na nie odpowiedzieć. Do ewangelizacji potrzebne jest „znać potrzeby”, a nie tylko wiedzieć, jak powinno być. Ewangelia więc uczy otwartości, wrażliwości, zdolności do współczucia.

Jeszcze jedno zastosowanie tego samego porównania. Lekarz nie pomoże, jeśli poprzestanie na podkreślaniu, że jest zdrowszy od pacjenta. Ewangelia nie będzie przekazywana światu, gdy ten, kto chce być jej świadkiem, odcina się od świata, osądza, chce pokazać swą wyższość.

 

Pozwalać działać w nas miłości Bożej, która w każdym widzi bliźniego, która sprawia, że staję się bliźnim dla innych – oto ewangeliczne świadectwo i zwycięstwo Ewangelii. Skoro dzisiejszy świat wierzy, że można żyć bez Boga, to świadek Ewangelii winien rozumieć wołanie, cierpienia, pytania świata, jeśli chce próbować przekonywać, że uzdrawiająca moc Chrystusowej miłości jest odpowiedzią daną człowiekowi.

 

8. Maryja uczy wierzyć w Ewangelię.

Maryja nie należała do grona uczniów Jezusa na takiej zasadzie, jak Andrzej, Piotr, i inni. Nie wiemy też, czy spotkała Chrystusa Zmartwychwstałego. Choć tak mówi tradycja, to jednak Ewangelia milczy na ten temat. Nie widzimy Jej wśród głoszących Ewangelię po Zesłaniu Ducha Świętego (po raz ostatni na kartach Pisma jest wspomniana w Wieczerniku wśród modlących się apostołów). A jednak mówiąc o wierze w Ewangelię, możemy Maryję brać za wzór.

 

Ewangelia jest objawieniem Bożego zamysłu wobec nas oraz światłem i mocą do wypełnienia tego zamysłu. Zamysł Boży wobec Maryi jest jedyny, wyjątkowy, niepowtarzalny: została wybrana na Matkę Bożego Syna. Czcząc Maryję, wielbimy Boga, który uczynił Jej „wielkie rzeczy”. W Maryi jednak nie tylko podziwiamy Boży wybór i Boże działanie, lecz także Jej odpowiedź.

Elżbieta powiedziała do Maryi: „Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana” (Łk 1,45).

W czym wyraża się wielkość wiary Maryi? Najpierw widzimy ją w scenie Zwiastowania. Jak wiemy, wiara w znaczeniu biblijnym nie ogranicza się do wyznawania określonego światopoglądu. Jest uznaniem prawdy objawionej, ale ta prawda nie jest teorią na temat świata. Prawda objawiona przez Boga mówi o człowieku w Bożych planach. Ta prawda zawiera więc w sobie wezwanie. Wierzy ten, kto odpowiada na wezwanie, kto wchodzi w zamysł Boży, kto mówi Panu Bogu „tak”. To powiedzenie „tak” nazywamy posłuszeństwem wiary.

W Maryi podziwiamy doskonałe posłuszeństwo, doskonałą zgodę. W czym tkwi ta doskonałość? Maryja odpowiada na słowa zwiastowane przez Anioła: „niech mi się stanie według słowa Twego”. W tych słowach brzmi coś znacznie więcej niż brak sprzeciwu wobec woli Bożej i bierna zgoda. Maryja mówi „niech mi się stanie” [po grecku: genoito moi]. Wyraża w ten sposób życzenie, pragnienie wejścia w Boże plany. A gdy pamiętamy, że Maryja jest Niepokalana, wolna od grzechu, to wiemy, że to pragnienie jest całym sercem, niepodzielonym, nieosłabionym zwątpieniem, lękiem, nieufnością. Nawet więcej. Anioł pozdrawia Maryję słowami: „łaski pełna”. Czym jest łaska? Jest Bożym obdarowaniem, Bożym życiem rozwijającym się w człowieku. O Maryi nie mówimy, że w niej kiełkuje Boże życie; Ona jest pełna Bożego życia, w Niej – Niepokalanej – nie ma żadnej przeszkody, by życie rozwinęło się w pełni. Więc pełna życia, zapału, radości, z gotowością wychodzi naprzeciw objawieniu: „niech mi się stanie”.

Patrzymy na Maryję w scenie zwiastowania wielokrotnie, zwłaszcza odmawiając modlitwę Anioł Pański. Niech ta modlitwa stawia nas obok Maryi. Niech Jej serce pełne łaski, pełne życia, pełne zapału, rozpala nasze serca i wytrąca z obojętności, zniechęcenia, małoduszności w odpowiedzi na wezwanie Ewangelii.

 

Podkreślamy, że „wierzyć w Ewangelię” to znaczy „udać się w drogę”. Czy możemy mówić o Maryi, że Ona tez była w drodze, że też wzrastała, że w Niej dokonywała się jakaś zmiana, skoro jest poczęta bez grzechu i pełna łaski?

W zwiastowaniu wiara Maryi ukazuje się jako pełne ufności oddanie siebie Bożym planom. Wiara rozumiana jako posłuszeństwo woli Bożej nie jest jednak jednym aktem w życiu, jedną decyzją. Ten pierwszy wybór – dokonany raz na zawsze – domaga się nieustannego potwierdzania. Maryja raz na zawsze powiedziała Bogu tak, przyjęła Bożego Syna. Natomiast całe życie musiała wierzyć, że Jej Syn jest Zbawicielem. Wtedy, gdy widziała Go bawiącego się na podwórku w Nazarecie lub pracującego z Józefem, gdy wyrzucono Go z synagogi w Nazarecie, gdy różne wieści docierały do Niej o Synu w czasie Jego publicznej działalności: że czyhają na Jego życie, że „odszedł od zmysłów” (Mk 3,21), gdy wreszcie aresztowano, skazano, ukrzyżowano i Jego ciało złożono w grobie. Maryja cały czas zachowuje wiarę, że Jej Syn jest Zbawicielem. Możemy powiedzieć za Janem Pawłem II: wzrasta w wierze. I dlatego przewodzi w naszej pielgrzymce wiary,

W jaki sposób Maryja wzrastała w wierze? Przed chwilą wymieniliśmy te wydarzenia, które wystawiały wiarę Maryi na próbę. Sam fakt istnienia prób nie czyni człowieka mocniejszym. Przyjrzyjmy się, w jaki sposób Maryja przechodziła przez próby.

Św. Łukasz dwukrotnie komentuje postawę Maryi w ciekawy sposób. Scena pokłonu pasterzy w Betlejem podsumowana jest zdaniem: „Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu” (Łk 2,19). Bardzo podobne zdanie kończy opowieść o odnalezieniu Jezusa w świątyni: „A Matka Jego chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu” (Łk 2,51).

Zarówno radosny pokłon pasterzy, jak i trudna chwila poszukiwania Jezusa, pozostają w sercu Maryi. Nie tylko pamięta, ale i rozważa. Rozważa radość nieba i ziemi – aniołów i pasterzy – z narodzin Jej Syna. Rozważa zdziwienie Jezusa: „Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?”. Dla dwunastoletniego Jezusa było oczywiste, gdzie powinien być, a budziło zdziwienie, że Maryja i Józef tego nie wiedzą.

Maryja w ten sposób patrzy na wydarzenia, że stają się one objawieniem tajemnicy Jej Syna. Maryja przewodzi nam w wierze ucząc nas „rozważania w sercu” wydarzeń z naszego życia, by dostrzec, że jest ono drogą zbawienia, że na niej objawia nam się Jezus.

Niech i nam, u kresu pielgrzymowania – na Jasnej Górze, Maryja pomoże zrozumieć nasze życie jako drogę, na której Pan Jezus nam się objawia i nas prowadzi.

Spotkanie dzieci klas II z rodzicami odbędzie się w przyszły poniedziałek 8 czerwca o godz. 19:10 w Kościele..
Dla osób które chcą przekazać ofiarę pieniężną na parafię można to zrobić za pośrednictwem przelewu.
Konto parafialne Parafii Najświętszej Eucharystii w Łodzi: PKO BP SA  nr rachunku; 27 1020 3408 0000 4002 0157 3138