Patroni do konferencji pielgrzymkowej 2015

24
Sie

Dzień pierwszy: O. Jan Beyzym SJ

Jan Beyzym urodził się 15 maja 1850 roku w Beyzymach na Wołyniu, w rodzinie szlacheckiej. Po ukończeniu gimnazjum w Kijowie w 1872 r. wstąpił do Towarzystwa Jezusowego (jezuitów). 26 lipca 1881 r. w Krakowie przyjął święcenia kapłańskie. Przez wiele lat był wychowawcą i opiekunem młodzieży w kolegiach Towarzystwa Jezusowego w Tarnopolu i Chyrowie. Chłopcy dostrzegali w tym groźnie wyglądającym zakonniku o «tatarskich» rysach dobre i tkliwe serce i dlatego chętnie garnęli się do niego, darzyli życzliwością i zaufaniem.

Opiekując się młodzieżą, o. Beyzym coraz częściej myślał o pracy misyjnej. W wieku 48 lat podjął decyzję o wyjeździe na misje. Prośba, którą 23 października 1897 roku skierował do generała zakonu jezuitów, o. Ludwika Martina, świadczy o tym, że była ona głęboko przemyślana.

„Rozpalony pragnieniem leczenia trędowatych, proszę usilnie Najprzewielebniejszego Ojca Generała o łaskawe wysłanie mnie do jakiegoś domu misyjnego, gdzie mógłbym służyć tym najbiedniejszym ludziom, dopóki będzie się to Bogu podobało. Wiem bardzo dobrze, co to jest trąd i na co muszę być przygotowany; to wszystko jednak mnie nie odstrasza, przeciwnie, pociąga, ponieważ dzięki takiej służbie łatwiej będę mógł wynagrodzić za swoje grzechy”.
Generał wyraził zgodę. Początkowo o. Beyzym miał jechać do Indii, ale nie znał języka angielskiego. Udał się więc na Madagaskar, gdzie językiem urzędowym był francuski, którego Beyzym uczył się już w Chyrowie. Tam oddał wszystkie swoje siły, zdolności i serce opuszczonym, chorym, głodnym, wyrzuconym poza nawias społeczeństwa; szczególnie dużo uczynił dla trędowatych.

«Dziś się dowiedziałem — pisał o. Beyzym w jednym z pierwszych listów do Polski — że i rząd, i krajowcy nie uważają trędowatych za ludzi, tylko za jakieś wyrzutki społeczeństwa ludzkiego. Wypędzają ich z miast i wsi, niech idą, gdzie chcą, byleby nie byli między zdrowymi — u nich trędowaty to trędowaty, ale nie człowiek. Wielu nieszczęśliwych włóczy się po bezludnych miejscach, póki mogą, aż wreszcie wycieńczeni padają i giną z głodu» (list z 13 kwietnia 1899 r.). «Spłakałem się jak dziecko na widok takiej nędzy… Ci nieszczęśliwi gniją żywcem, wskutek czego nadzwyczaj są obrzydliwi, śmierdzą niemiłosiernie, jednak nie przestają być przez to naszymi braćmi i ratować ich trzeba. A co jeszcze bardziej mnie trapi, to nędza moralna, pochodząca przeważnie z tej nędzy materialnej» (list z 28 kwietnia 1900 r.).

Zamieszkał wśród nich na stałe, by opiekować się nimi dniem i nocą. Łamał w ten sposób bariery strachu, przekleństwa, wzgardy i znieczulicy, odgradzające chorych od własnych rodzin i reszty społeczeństwa, skazujących zarażonych na powolną śmierć nie tylko z powodu trądu, ale i z głodu. Stworzył pionierskie dzieło, które uczyniło go prekursorem współczesnej opieki nad trędowatymi. Z ofiar zebranych głównie wśród rodaków w kraju (w Galicji) i na emigracji wybudował w 1911 r. w Maranie szpital dla 150 chorych, by zapewnić im leczenie i przywracać nadzieję. W głównym ołtarzu szpitalnej kaplicy znajduje się sprowadzona przez o. Beyzyma kopia obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Do dzisiaj chorzy Malgasze otaczają Maryję z Jasnej Góry wielką czcią. Szpital bowiem istnieje do dziś.

Opatrując rany ciała, leczył także dusze, zbliżając je do Boga i sakramentów świętych. Zorganizował dla «czarnych piskląt» — jak pieszczotliwie nazywał swoich trędowatych — stałe duszpasterstwo, prowadził systematyczne nauczanie religijne, krzewił wśród nich kulturę, głosił rekolekcje, propagował szkaplerz i modlitwę różańcową. Pragnął, aby trędowaci żyli i umierali jako dzieci Maryi.

 

Śmierć nie pozwoliła mu zrealizować innego cichego pragnienia – wyjazdu na Sachalin do pracy misyjnej wśród katorżników.

Wyczerpany pracą ponad siły, o. Beyzym zmarł 2 października 1912 roku, otoczony nimbem bohaterstwa i świętości.

«Najpiękniejszą pochwałą tego człowieka — napisano na Madagaskarze — jest to, że z miłości dla Jezusa Chrystusa zabiegał, by zawsze być posługaczem trędowatych, i otrzymał na to pozwolenie. Są to takie przymusowe prace, na jakie nawet zbrodniarzy się nie skazuje, a o. Beyzym pokochał je całym sercem»

 

Życie « Posługacza trędowatych » cechowała żywa wiara i poczucie sprawiedliwości, synowska miłość do Matki Bożej, apostolska troska o zbawienie ludzi, samarytańska opieka wobec najbiedniejszych z biednych. Ewangelizacja szła w parze z obroną podstawowych praw osoby ludzkiej, w tym także prawa do życia w warunkach godnych człowieka i dziecka Bożego.

 

Dzień drugi: Marcel Van

Marcel Nguyn Tân Van urodził się w wietnamskiej wiosce Ngan-Giao, położonej niedaleko Hanoi. Wychowywał się w środowisku katolickim i już we wczesnym dzieciństwie zapragnął zostać księdzem. Matka zawiozła więc siedmioletniego Vana do miasta Huu Bang i powierzyła go opiece proboszcza jednej z parafii, gdzie znajdowała się bursa dla chłopców pragnących wstąpić do seminarium. Van był najmłodszy spośród nich i jego gorliwość szybko zaczęła wzbudzać zazdrość starszych kolegów, a nawet stała się dlań przyczyną cierpienia. Katecheta, widząc, że chłopiec często odmawia różaniec, wyrwał mu go z wściekłością. To samo uczynił ze sznurkiem, na którym Van zawiązał dziesięć supełków, a także z dziesięcioma ziarenkami fasoli, które przekładał z kieszeni do kieszeni, żeby nie pomylić się przy odliczaniu zdrowasiek. Później Van wspominał: „Pozostało mi więc już tylko moje dziesięć palców. Byłem pewien, że nawet gdyby mi przyszło stracić je wszystkie, nie przestałbym Maryi okazywać miłości przez odmawianie różańca”.

Po pięciu latach ciężkiej pracy służącego i znoszenia licznych upokorzeń Van nie wytrzymał i uciekł. Przez kilka tygodni błąkał się głodny i zrozpaczony, wzywając na pomoc swojego Anioła Stróża i Matkę Najświętszą. W końcu wrócił do rodzinnego domu, gdzie jednak nikt nie przywitał go serdecznie, a matka czyniła mu wręcz wyrzuty z powodu ucieczki. Zbliżało się wojenne Boże Narodzenie 1940 roku. Atmosfera wśród udręczonych głodem i nędzą wieśniaków daleka była od świątecznej radości. Smutek panował też w sercu dwunastoletniego Vana. Nie czekał na żaden prezent. Tymczasem podczas pasterki zupełnie niespodziewanie otrzymał od samego Jezusa niezwykły dar: „W jednej chwili w mojej duszy nastąpiła jakaś przemiana i przestałem lękać się cierpienia. Opanowała mnie niewypowiedziana radość. Znalazłem najcenniejszy skarb mojego życia”.

Po dziewięciu miesiącach nieobecności Van powrócił do Huu Bang, gdzie katecheci nadal znęcali się nad małymi chłopcami, a ponadto na ich oczach utrzymywali stosunki seksualne z dziewczętami z pobliskich wiosek. Van zebrał więc kilku chłopców i potajemnie spotykali się w lesie na modlitwie w intencji nawrócenia katechetów. Niestety, jeden z chłopców okazał się zdrajcą. Wszystkie dzieci, a szczególnie Van, zostały za karę dotkliwie pobite.

 

 

 

Brat świętej Tereski

 

W styczniu 1942 roku Van mógł wreszcie wstąpić do niższego seminarium duchownego prowadzonego przez ojców dominikanów. Czuł się wśród nich dobrze i był szczęśliwy, że wreszcie zaczyna się realizować jego pragnienie kapłaństwa. Jednak w miarę jak zagłębiał się w literaturę mistyczną i żywoty świętych, w jego sercu rodziły się niepokój i zniechęcenie. Nie czuł się na siłach podążać surową drogą ascezy, postów i heroicznych czynów, więc i nie czuł się na siłach zostać świętym. Znowu bliski był rozpaczy. Nie mógł już wręcz patrzeć ani na święte obrazy, ani na święte książki. Ucieczką była mu modlitwa do Matki Bożej, której obiecał, że podejmie jeszcze jedną, ostatnią próbę i przeczyta książkę, którą Ona sama mu wskaże. Rozłożył więc na stole wszystkie żywoty świętych, jakie znalazł w zakonnej bibliotece, wymieszał je i z zamkniętymi oczyma sięgnął po jedną z nich. Kiedy spojrzał na okładkę, skrzywił się. Ten żywot próbował już czytać wiele razy, ale nigdy nie kończył, bo zawsze wydawał mu się dziwny i niezrozumiały. Trzymał otóż w ręku Dzieje duszy św. Tereski od Dzieciątka Jezus. Zdążył przeczytać zaledwie dwie strony, kiedy z jego oczu trysnęły strumienie łez, zalewając pożółkłe kartki. Do jego duszy dotarł sekret nieskończonej miłości Boga, który zniża się do słabego człowieka. Van odkrył właśnie „małą drogę” i przez całą noc modlił się do św. Tereski, aby była jego na tej drodze przewodniczką. O świcie pobiegł na pobliskie wzgórze, sam nie wiedząc, skąd w jego sercu wzięła się tak niesamowita radość. I wnet usłyszał: „Van, Van, braciszku mój! Mam na imię Teresa i jestem tu po to, aby odpowiedzieć na twoją modlitwę, która poruszyła moje serce. Będziesz moim młodszym bratem, ponieważ sam wybrałeś mnie na swoją starszą siostrę. Odtąd nasze dusze staną się jedną duszą zanurzoną w miłości Bożej”. W ten sposób rozpoczęło się 15-letnie braterstwo dwóch dusz żyjących w dwóch światach, lecz połączonych tym samym powołaniem do świętości na „małej drodze”. Van nigdy nie widział swojej starszej siostry. Słyszał tylko jej głos tak wyraźnie, że kiedyś zapytał zaniepokojony, co będzie, jeśli ich rozmowę usłyszy ktoś postronny. Tereska uspokoiła go, że nie jest to możliwe, gdyż Bóg potrafi zadbać o dyskrecję w swoich sprawach. Kiedyś też dała Vanowi cenną wskazówkę: „Nie bój się poufałości z Bogiem. Opowiadaj Mu o wszystkim, o czym tylko zechcesz: o zabawie z kolegami, o przyrodzie, o twoich przypływach złości, o łzach i małych przyjemnościach. Bóg pragnie, abyśmy otwierali przed Nim nasze małe, biedne serca, które wyszły z Jego stwórczych rąk. Ofiarowuj Mu zarówno radości, jak i cierpienia. Tak postępując, wyrazisz Mu więcej wdzięczności niż przez tysiące wzruszających, ale wyuczonych modlitw i pieśni”. Powiedziała mu także niebywałe w swoim znaczeniu słowa, które mogą stać się refleksją dla każdego, kto się waha, od kiedy należy uznać wartość życia ludzkiego za nienaruszalną: „Znam cię od bardzo dawna. Bóg pozwolił mi poznać cię, zanim jeszcze zacząłeś istnieć, i powierzył mi opiekę nad tobą. Zawsze byłam przy tobie, chodziłam za tobą krok w krok, jak matka za swoim małym dzieckiem. Z wielką radością dostrzegałam w twojej duszy doskonałe podobieństwa do mojej duszy i fakt, że twoje rozumienie miłości Bożej niczym się nie różni  od mojego. A wszystko to jest owocem Bożej miłości, która sprawiła tak w swej nieskończonej mądrości”.

Van nadal bardzo pragnął dostąpić łaski kapłaństwa. Święta Tereska zdradziła mu Boże plany, mówiąc: „Van, to, co ci powiem, zapewne cię zasmuci. Bóg dał mi poznać, że nie zostaniesz księdzem, ale masz duszę kapłańską. Bogu bardzo podoba się twoje pragnienie. Nie przyjmiesz święceń dlatego, abyś mógł prowadzić życie ukryte, w którym będziesz misjonarzem przez modlitwę i ofiarę, podobnie jak ja kiedyś… Twoim powołaniem na wieki będzie ukryty apostolat miłości. Bóg pragnie, abyś wstąpił do Zgromadzenia Redemptorystów”.

 

Brat zakonny

 

W 1944 r. Van został przyjęty do wspólnoty redemptorystów w Hanoi, gdzie początkowo zaproponowano mu podjęcie studiów teologicznych. Chłopiec odmówił jednak przełożonemu, mówiąc wprost: „Bóg nie chce, abym został księdzem”. Bardzo ciężko było mu zrezygnować ze swoich marzeń i planów i przyjąć wolę Bożą, szczególnie, że przełożony postawił przed Vanem ultimatum: albo wstąpi do seminarium, albo będzie musiał wrócić do rodzinnego domu i poczekać trzy lata na wstąpienie do klasztoru jako brat. Van z ciężkim sercem wrócił więc do rodzinnej wioski. Wszystko zdawało się  jakimś niewytłumaczalnym paradoksem. Dopiero interwencja matki u przełożonego redemptorystów sprawiła, że po trzech miesiącach 16-letni Van został przyjęty do postulatu. Otrzymał imię Marcel i skierowano go do pracy w kuchni.

Niedługo potem rozpoczęły się wewnętrzne rozmowy Vana z Jezusem. W swoim pamiętniku napisał: „To było podczas popołudniowego milczenia, w godzinie, kiedy Jezus konał na krzyżu. Byłem zajęty przygotowywaniem mąki do wypieku ciasta i rozważaniem w sercu miłości cierpiącego Jezusa, gdy nagle poczułem w duszy wyraźną zmianę. Zdałem sobie sprawę, jak bardzo blisko mnie jest Bóg i jak bardzo mnie kocha, a odczucie tej miłości wprawiło mnie w stan wielkiej radości. I nagle usłyszałem łagodny głos: «Marcel, czy mnie miłujesz?» – Tak, mój Boże, bardzo Cię kocham. Poza Tobą nikogo nie kocham tak mocno. Bardzo, bardzo Cię kocham”.

Jezus poprosił Vana o modlitwę i ofiary w intencji nawrócenia jego ojca, które rzeczywiście nastąpiło. Później także skierował do niego wiele próśb o modlitwę za zlaicyzowaną Francję, a w szczególności za jej kapłanów i młodzież. Wytłumaczył Vanowi, że nie bez przyczyny uczynił go młodszym bratem świętej Tereski od Dzieciątka Jezus, podkreślając w ten sposób, że pragnie, aby jej mały wietnamski brat modlił się za kraj w Europie, który przeżywa bardzo trudne czasy odejścia od wiary. Powiedział też do Vana: „Słowa, które do ciebie kieruję, są zrozumiałe jedynie dla dusz ubogich i pokornych, i tylko słowa dziecięce, płynące z serca rozpalonego miłością, są w stanie Mnie poruszyć. Tak, Van, jesteś pierwszym maleńkim kwiatem Wietnamu. Jesteś bardzo słaby. Nigdy dotąd nie widziałem duszy tak słabej, ale nie przejmuj się tym. Kochaj tylko, a Ja zajmę się resztą”.

W czerwcu 1945 roku podczas modlitwy przed Najświętszym Sakramentem Van miał wstrząsającą wizję. Ujrzał Jezusa, który z łagodnym uśmiechem podszedł do niego, wziął go na ręce jak małe dziecko i przytulił do serca. „Nagle – pisze Van – usłyszałem jakieś krzyki. Jezus odwrócił się w stronę, skąd one dochodziły, i powiedział do mnie: «Dziecko moje, spójrz na ten rozwścieczony tłum, który zbliża się do Mnie». Ujrzałem ludzi wszystkich stanów i różnego wieku: dzieci, dorosłych, mężczyzn i kobiety, którzy zbliżali się, strasznie krzycząc. Podchodzili do Jezusa, przeklinali Go, wygrażali Mu pięściami. Niektórzy rzucali weń kamieniami, na próżno celując prosto w twarz; kamienie dosięgały jedynie rąk i nóg Zbawiciela. Jezus stał pośród tłumu, a Jego oblicze jaśniało dobrocią, bez cienia nienawiści. Był pełen litości i płakał nad tymi ludźmi. Po chwili tłum zaczął się oddalać, aż w końcu zapanował spokój i cisza”.

Kolejne pięć lat Van spędził w licznej wspólnocie zakonnej redemptorystów w Hanoi, gdzie odbył nowicjat, i pełnił obowiązki krawca oraz zakrystiana. W roku 1950 przełożeni postanowili wysłać go do domu w Sajgonie na południu kraju, gdzie wspólnota była mniej liczna i Van mógł nieco wypocząć. Stamtąd udał się po dwóch latach do domu położonego w malowniczej górskiej miejscowości Dalat, gdzie 8 sierpnia 1952 roku złożył śluby wieczyste.

 

 

 

Brat prześladowanych

 

W lipcu 1954 roku północ Wietnamu dostała się w ręce komunistów. Większość tamtejszych katolików zaczęła więc szukać schronienia na południu. W domu redemptorystów w Hanoi pozostało zaledwie kilku zakonników. W tej sytuacji Van podjął decyzję powrotu w swoje rodzinne strony. Był gotowy na wszystko, włącznie z poniesieniem ofiary męczeństwa. 26-letni brat Marcel otrzymał zgodę przełożonych na powrót do Hanoi, ponieważ wiedzieli oni, że jego wiara jest na tyle silna, iż będzie w stanie dać jej świadectwo nawet w obliczu najtragiczniejszych okoliczności.

7 maja 1955 roku Van został zatrzymany przez bezpiekę i osadzony w areszcie. Otrzymał dwie propozycje „nie do odrzucenia”: poślubienie córki jednego z funkcjonariuszy bezpieki albo wstąpienie w szeregi tzw. katolików patriotów. Po pięciu miesiącach przebywania w więziennej celi napisał potajemny list do swojego przełożonego, nie mając żadnej gwarancji, że dotrze on do adresata: „Gdybym chciał żyć, mógłbym łatwo stąd wyjść. Wystarczyłoby mi Ojca Przełożonego zdradzić i wydać. Proszę być spokojnym, nigdy tego nie uczynię. Będę milczał aż do śmierci”. List dotarł. Van pisał też do swojej rodzonej, młodszej siostry Anne-Marie, redemptorystki w Kanadzie: „Jestem już tylko oddychającym trupem. Tak bardzo czuję się słaby, lecz to jeszcze nie koniec mojej udręki. Kielich goryczy jest pełny i czeka mnie jeszcze wiele cierpienia, którego zmierzyć niepodobna. Jestem jednak silny Miłością, a ta daje mi heroiczną wolę. Jestem ofiarą Miłości i to Miłość jest moim jedynym źródłem szczęścia: szczęścia, którego nikt i nic nie jest w stanie zniszczyć”.

Van został skazany na 15 lat gułagu i przewieziony do obozu nr 1 w Mo-Chen, położonym 50 kilometrów od Hanoi. Podzielił los uwięzionych tam dwóch tysięcy innych wietnamskich „wrogów ludu”. Wśród nich przebywało około stu katolików, lecz nie było tam żadnego kapłana. Wieść o tym, że do obozu przybył brat zakonny, rozniosła się lotem błyskawicy. Brat Marcel spełniał wśród więźniów posługę cierpliwego słuchania, podnoszenia na duchu. Stał się kimś w rodzaju obozowego kapelana bez święceń kapłańskich. Pisał: „Wszyscy zaczęli przychodzić do mnie, myśląc, że jestem człowiekiem, który nie odczuwa lęku ani zmęczenia. Widzą, że jestem równie słaby jak oni, ale gdzież mają iść szukać pocieszenia w tych warunkach? Bóg sam dał mi poznać, że spełniam w ten sposób Jego wolę. Od chwili aresztowania wielokrotnie prosiłem Boga o łaskę śmierci, lecz On wciąż daje mi do zrozumienia, że jeszcze wiele dusz mnie tu potrzebuje”.

Więźniowie błagali Vana o Komunię św. Cóż mógł dla nich uczynić sam, bez mocy kapłaństwa? Wysłał więc kolejny, ryzykowny list do swoich przełożonych z prośbą o przysłanie Ciała Pańskiego. W odpowiedzi otrzymał zmyślnie zapakowane trzydzieści hostii. Rozdał je katolikom, a w swoim zeszycie zanotował: „Jakże bardzo byliśmy głodni tego Boskiego pokarmu. Tutaj wielu katolików praktykuje nawet ścisły post w każdą środę i piątek”. Głodni więźniowie zdolni do podjęcia postu z miłości do Jezusa! Van nie miał słów, aby wyrazić, co czuł, gdy widział tak wielki heroizm wiary.

W sierpniu 1957 r. Van został przeniesiony do obozu nr 2 w Yen-Binh, położonego 150 kilometrów od Hanoi. Po próbie ucieczki zakuto go na trzy miesiące w żelazne łańcuchy, nieludzko bito i torturowano, po czym wtrącono go do ciemnej i wilgotnej celi. Pomimo tak strasznego udręczenia udawało mu się nawet tam nieść pociechę innym więźniom i rozdawać przynoszoną Komunię św. Po dwóch latach, wyniszczony gruźlicą i chorobą beri-beri, 10 lipca 1959 r. zmarł na rękach kapłana, który zdążył udzielić mu ostatnich sakramentów.

 

Zwycięstwo dziecięctwa Bożego

 

Van napisał kiedyś w liście do ambitnego młodzieńca, który był zbyt przewrażliwiony na swoim punkcie: „Zniechęcenie jest jakby dotknięciem brudną ręką twarzy samego Boga. Oznacza, że uznajemy, iż już nic więcej nie może On dla nas uczynić. Wszelkie niepokoje, które budzą się w naszej duszy, są wołaniem Boga, który przypomina nam o konieczności modlitwy i szczerego zaufania. Wszystko sprowadza się do dwóch słów: zaufanie i miłość. Stosuj je w życiu, a zawsze będziesz żył w pokoju serca”.

Van pragnął ratować dusze, które umierają z dala od Jezusa. W swojej nieprzeciętnej wrażliwości na drugiego człowieka nie mógł znieść, że ktokolwiek w ukryciu wylewa łzy rozpaczy, gdyż czuje się odrzucony i niekochany przez ludzi. Nigdy sam nie wstydził się łez słabości: „Cierpienie ma sens tylko w perspektywie miłości. Nie wstydzę się płakać. Łzy są cenne, jeśli je zebrać i ofiarować Jezusowi. Wówczas stają się pokarmem dla dusz…”.

Z głębi swej mrocznej obozowej celi Van brat Marcel, duchowy brat św. Tereski od Dzieciątka Jezus, nie przestaje dziś mówić: „Nawet jeśli to życie jest ciężkie, odpowiedz mu uśmiechem!”.

Marcel Nguyn Tân Van, zgodnie z tym, co zapowiedziała mu jego duchowa siostra, nie zrealizował swoich kapłańskich marzeń. Czy na pewno?

Autorka tekstu: Lilla Danilecka

Dzień trzeci: św. Hieronim

Hieronim urodził się w Strydonie ok. 347 r. (dzis. płn. Chorwacja), w rodzinie chrześcijańskiej, która zatroszczyła się o jego staranne wykształcenie, wysyłając go również do Rzymu, by tam dopełnił studiów. W młodości pociągało go życie światowe (por. Ep. 22, 7), przeważyło jednak zainteresowanie religią chrześcijańską i pragnienie jej przyjęcia. Po przyjęciu chrztu ok. 366 r. postanowił wieść życie ascetyczne i udał się do Akwilei, gdzie dołączył do grupy gorliwych chrześcijan, skupionych wokół biskupa Waleriana, których określił jako niemal «anielski chór» (Chron. ad ann. 374). Następnie udał się na Wschód i tam prowadził życie pustelnicze na Pustyni Chalcydyckiej, na południe od Halebu (por. Ep. 14, 10), gorliwie oddając się studiom. Doskonalił znajomość języka greckiego, zaczął uczyć się hebrajskiego (por. Ep. 125, 12), przepisywał kodeksy i dzieła patrystyczne (por. Ep. 5, 2). Dzięki medytacji, samotności i kontaktowi ze słowem Bożym wzrastała jego wrażliwość chrześcijańska. Dotkliwie odczuł ciężar błędów młodości (por. Ep. 22, 7) i wyraźnie dostrzegał sprzeczność między mentalnością pogańską a życiem chrześcijańskim: ta sprzeczność stała się znana dzięki jego opowiadaniu o dramatycznej i żywej «wizji», której opis nam pozostawił. Widział w niej siebie biczowanego przed obliczem Boga za to, że jest zwolennikiem «Cycerona, a nie chrześcijaninem» (por. Ep. 22, 30).

W r. 382 przeniósł się do Rzymu. Papież Damazy, znając jego reputację ascety i uczonego, uczynił go swoim sekretarzem i doradcą. Zachęcił go do dokonania nowego przekładu łacińskiego tekstów biblijnych z racji duszpasterskich i kulturalnych.

Niektóre osoby z kręgu arystokracji rzymskiej, zwłaszcza patrycjuszki Marcela, Paula i jej córka Eustochia (te trzy czczone jako święte) i inne, pragnąc iść drogą doskonałości chrześcijańskiej i pogłębiać znajomość słowa Bożego, wybrały go sobie na przewodnika duchowego i nauczyciela w metodycznym poznawaniu świętych tekstów. Wspomniane patrycjuszki nauczyły się również greki i hebrajskiego.

Po śmierci papieża Damazego Hieronim opuścił Rzym w 385 r. i udał się w pielgrzymkę najpierw do Ziemi Świętej, będącej niemym świadkiem ziemskiego życia Chrystusa, a potem do Egiptu, ziemi wybranej przez wielu mnichów (por. Contra Rufinum 3, 22; Ep. 108, 6-14). W 386 r. zatrzymał się w Betlejem, gdzie dzięki hojności patrycjuszki Pauli wzniesiono klasztor męski i żeński oraz hospicjum dla pielgrzymów udających się do Ziemi Świętej, «pamiętano bowiem, że Maryja i Józef nie znaleźli miejsca, gdzie mogliby się zatrzymać» (Ep. 108, 14). W Betlejem pozostał aż do śmierci, prowadząc niezwykle intensywną działalność: komentował słowo Boże, bronił wiary, występując zdecydowanie przeciw różnym herezjom, napominał mnichów, by żyli w doskonałości, wpajał młodym adeptom kulturę klasyczną i chrześcijańską, w duchu pasterskim przyjmował pielgrzymów nawiedzających Ziemię Świętą. Zmarł w swojej celi w pobliżu groty Narodzenia 30 września 419/420 r. Jego relikwie sprowadzono z czasem do Rzymu. Obecnie znajdują się w głównym ołtarzu bazyliki S. Maria Maggiore.

Humanistyczne przygotowanie oraz wielka erudycja pozwoliły Hieronimowi dokonać korekty oraz tłumaczenia wielu tekstów biblijnych. Była to cenna praca na rzecz łacińskiego Kościoła i zachodniej kultury. Bazując na oryginalnych tekstach greckich i hebrajskich i porównując je z poprzednimi wersjami, dokonał korekty czterech Ewangelii w języku łacińskim, a następnie Psałterza i znacznej części Starego Testamentu. Biorąc pod uwagę oryginalny tekst hebrajski oraz grecki, Septuaginty — klasycznej greckiej wersji Starego Testamentu, sięgającej czasów przedchrześcijańskich, oraz poprzednich wersji łacińskich, Hieronim — przy współpracy innych osób — mógł sporządzić lepsze tłumaczenie. Jest to tak zwana «Wulgata», «oficjalny» tekst Kościoła łacińskiego, który za taki został uznany przez Sobór Trydencki i który po ostatniej rewizji pozostaje «oficjalnym» łacińskim tekstem Kościoła. Warto zwrócić uwagę na kryteria, jakimi kierował się wielki biblista w swej pracy tłumacza. On sam je ujawnia, gdy stwierdza, że zachował nawet kolejność słów Pisma Świętego, ponieważ w nim — jak mówi — «również kolejność słów jest tajemnicą» (Ep. 57, 5), czyli Objawieniem. Ponadto podkreśla konieczność sięgania do tekstów oryginalnych: «Gdyby pośród latynistów powstała dyskusja nad Nowym Testamentem z powodu różnic w odczytaniu manuskryptów, sięgnijmy po oryginał, to znaczy po tekst w języku greckim, w którym zostało zapisane Nowe Przymierze. Podobnie w przypadku Starego Testamentu — jeśli występują różnice między tekstami greckimi i łacińskimi, odwołajmy się do oryginalnego tekstu hebrajskiego. W ten sposób wszystko, co wypływa ze źródła, możemy odnaleźć w strumieniach» (Ep. 106, 2). Ponadto Hieronim opatrzył komentarzem wiele tekstów biblijnych. Jego zdaniem, komentarze powinny przedstawiać różne opinie, «tak aby roztropny czytelnik, po przeczytaniu różnych wyjaśnień i zapoznaniu się z wielorakimi opiniami — które należy przyjąć lub odrzucić — osądził, która jest najbardziej wiarygodna, i — niczym doświadczony bankier — odrzucił fałszywą monetę» (Contra Rufinum 1, 16).

Energicznie i żywo zbijał argumenty heretyków, kontestujących tradycję i wiarę Kościoła. Wykazywał również znaczenie i wartość literatury chrześcijańskiej, będącej prawdziwą kulturą zasługującą na to, by ją porównać z literaturą klasyczną: Hieronim uczynił to w dziele De viris illustribus — w którym prezentuje biografie ponad stu autorów chrześcijańskich. Pisał również biografie mnichów, ukazując także ideał monastyczny obok innych duchowych dróg. Ponadto przetłumaczył rozmaite dzieła autorów greckich. W końcu w pokaźnym zbiorze Listów, stanowiących wybitne dzieło literatury łacińskiej, poznajemy Hieronima jako człowieka wykształconego, ascetę i kierownika duchowego.

 

Czego możemy się nauczyć od św. Hieronima? Wydaje mi się, że przede wszystkim możemy nauczyć się umiłowania słowa Bożego w Piśmie Świętym. Św. Hieronim mówi: «Nieznajomość Pisma Świętego to nieznajomość Chrystusa». Dlatego jest ważne, by każdy chrześcijanin żył w kontakcie i osobistym dialogu ze słowem Bożym, przekazanym nam w Piśmie Świętym. Ten nasz dialog ze słowem Bożym powinien mieć zawsze dwa wymiary: z jednej strony, powinien być dialogiem rzeczywiście osobistym, ponieważ Bóg przemawia do każdego z nas przez Pismo Święte i dla każdego ma jakieś przesłanie. Powinniśmy czytać Pismo Święte nie jako słowo z przeszłości, ale jako słowo Boga, który zwraca się również do nas, i powinniśmy starać się zrozumieć, co Pan chce nam powiedzieć. Żeby jednak nie popaść w indywidualizm, musimy pamiętać, że słowo Boże jest nam dane, abyśmy tworzyli komunię, byśmy zjednoczyli się w prawdzie na naszej drodze do Boga. Tak więc to słowo, choć zawsze pozostaje słowem osobistym, jest również słowem budującym wspólnotę, budującym Kościół. Dlatego powinniśmy je czytać w jedności z żywym Kościołem. Miejscem sprzyjającym czytaniu i słuchaniu słowa Bożego jest liturgia, w której celebrując słowo i uobecniając w Sakramencie Ciało Chrystusowe, aktualizujemy słowo w naszym życiu i sprawiamy, że jest obecne pośród nas. Nie powinniśmy nigdy zapominać, że słowo Boże jest ponadczasowe. Opinie ludzkie pojawiają się i przemijają. To co dzisiaj jest bardzo nowoczesne, jutro będzie przestarzałe. Natomiast słowo Boże jest słowem życia wiecznego, zawiera w sobie wieczność, to co ma zawsze wartość. A zatem nosząc w sobie słowo Boże, nosimy wieczność, życie wieczne.

… papież Benedykt XV uznał go za «wybitnego doktora w dziedzinie interpretacji Pisma Świętego». Hieronim zwracał uwagę na radość i znaczenie zaznajamiania się z biblijnymi tekstami: «Czyż nie wydaje ci się, że mieszkasz — już tutaj na ziemi — w królestwie niebieskim, gdy żyjesz pośród tych tekstów, medytujesz nad nimi, gdy nie znasz i nie szukasz niczego innego?» (Ep. 53, 10). W rzeczywistości rozmowa z Bogiem, z Jego słowem, jest w pewnym sensie obecnością niebios, czyli obecnością Boga. Zapoznawanie się z tekstami biblijnymi, zwłaszcza Nowego Testamentu, jest istotne dla wierzącego, ponieważ «nieznajomość Pisma jest nieznajomością Chrystusa». …

Prawdziwie «zakochany» w słowie Bożym, zapytywał się on: «Czyż można żyć bez znajomości Pisma Świętego, za którego pośrednictwem uczymy się poznawać samego Chrystusa, będącego życiem ludzi wierzących?» (Ep. 30, 7). W ten sposób Biblia, będąca narzędziem, «przez które Bóg codziennie przemawia do wiernych» (Ep. 133, 13), staje się bodźcem i źródłem życia chrześcijańskiego w każdej sytuacji i dla każdej osoby. Czytać Pismo Święte to rozmawiać z Bogiem: «Jeśli się modlisz — pisze on do młodej patrycjuszki w Rzymie — rozmawiasz z Oblubieńcem; jeśli czytasz, to On do ciebie przemawia» (Ep. 22, 25). Przez badanie i rozważanie Pisma Świętego człowiek staje się mądry i pogodny (por. In Eph., prol.). Oczywiście, zagłębianie się w słowo Boże wymaga stałego i systematycznego wysiłku. Oto co zalecał Hieronim kapłanowi Nepocjanowi: «Czytaj często boskie Pisma; co więcej, nie wypuszczaj nigdy Świętej Księgi z twoich rąk. Naucz się tutaj tego, czego powinieneś nauczać» (Ep. 52, 7). Rzymskiej matronie Lecie dawał następujące rady co do chrześcijańskiego wychowania córki: «Upewnij się, czy codziennie studiuje jakiś fragment Pisma Świętego. (…) Po modlitwie niech oddaje się czytaniu, a po czytaniu modlitwie. (…) Niech zamiast klejnotów i szat jedwabnych umiłuje Boże Księgi» (Ep. 107, 9. 12). Dzięki rozważaniu i znajomości Pisma Świętego «zachowuje równowagę duszy» (Ad Eph., prol.). Jedynie głęboki duch modlitwy oraz pomoc Ducha Świętego mogą umożliwić nam zrozumienie Biblii: «W interpretowaniu Pisma Świętego zawsze potrzebujemy wsparcia Ducha Świętego» (In Mich. 1, 1, 10, 15).

Tak więc żarliwe umiłowanie Pisma Świętego wypełniało całe życie Hieronima. Tę miłość starał się on zawsze budzić także pośród wiernych. Jednej ze swoich córek duchowych zalecał: «Kochaj Pismo Święte, a mądrość cię ukocha; kochaj je serdecznie, a ono będzie cię strzec; szanuj je, a zaznasz od niego czułości. Niech będzie dla ciebie niczym twoje naszyjniki i kolczyki» (Ep. 130, 20). A dalej: «Umiłuj mądrość Pisma Świętego, a nie będziesz miłowała występków cielesnych» (Ep. 125, 11).

Dla Hieronima fundamentalnym kryterium metody interpretacji Pisma Świętego była zgodność z Magisterium Kościoła. Nie możemy nigdy sami czytać Pisma Świętego. Spotykamy zbyt wiele zamkniętych drzwi i łatwo błądzimy. Biblia została napisana przez lud Boży i dla ludu Bożego, pod natchnieniem Ducha Świętego. Jedynie w tej komunii z ludem Bożym możemy rzeczywiście dotrzeć z naszym «my» do istoty prawdy, którą Bóg chce nam przekazać. Hieronim uważał, że autentyczna interpretacja Biblii powinna zawsze być zgodna z wiarą Kościoła katolickiego. Nie chodzi o wymóg narzucony tej Księdze z zewnątrz. Ta Księga jest właśnie głosem pielgrzymującego ludu Bożego, i jedynie gdy trwamy w wierze tego ludu, jesteśmy — jeśli można się tak wyrazić — właściwie nastrojeni, by pojąć Pismo Święte. Dlatego Hieronim napominał: «Bądź mocno przywiązany do tradycyjnej nauki, która została ci przekazana, byś mógł nauczać zgodnie ze zdrową nauką i odpierać argumenty tych, którzy jej się przeciwstawiają» (Ep. 52, 7). W szczególności, biorąc pod uwagę fakt, że Jezus Chrystus zbudował swój Kościół na Piotrze, każdy chrześcijanin — taki wyprowadzał wniosek — powinien trwać w komunii «z Katedrą św. Piotra. Wiem, że na tej opoce jest zbudowany Kościół» (Ep. 15, 2). Konsekwentnie i w sposób bezpośredni oświadczał: «Jestem z każdym, kto jest złączony z Katedrą św. Piotra» (Ep. 16).

Hieronim nie zaniedbywał aspektu etycznego. Co więcej, często przypominał o powinności dostosowania życia do słowa Bożego, i że tylko żyjąc nim, stajemy się zdolni je pojąć. Ta konsekwencja jest niezbędna w wypadku każdego chrześcijanina, a zwłaszcza kaznodziei, aby jego czyny nie wprawiały go w zakłopotanie jako niezgodne z wypowiadanymi słowami. Oto jak napomina kapłana Nepocjana: «Twoje czyny niech nie zadają kłamu twym słowom, aby nie zdarzyło się tak, że kiedy głosisz nauki w kościele, ktoś skomentuje w duchu: ‘Dlaczego więc ty sam tak nie postępujesz?’ Doprawdy ładny to nauczyciel, który mając pełny żołądek, rozprawia o poście. Również złodziej może krytykować chciwość. Jednakże w wypadku kapłana Chrystusowego umysł i słowo muszą się zgadzać» (Ep. 52, 7). W innym liście Hieronim stwierdza: «Nawet jeśli dana osoba posiada wspaniałą naukę, jest zawstydzona, gdy czuje, że potępia ją własne sumienie» (Ep. 127, 4). Dalej na temat konsekwentnego postępowania zauważa on: Ewangelia musi wyrażać się w postawie prawdziwej miłości, ponieważ w każdej istocie ludzkiej jest obecna Osoba samego Chrystusa. Zwracając się, na przykład, do prezbitera Paulina (który potem został biskupem Noli i świętym), Hieronim udziela mu takiej oto rady: «Prawdziwą świątynią Chrystusa jest dusza wiernego: ozdób to sanktuarium, uczyń je pięknym, złóż w nim swoje ofiary i przyjmij Chrystusa. Po co ozdabiać ściany drogocennymi kamieniami, jeśli Chrystus umiera z głodu w osobie ubogiego?» (Ep. 58, 7). Hieronim przechodzi do konkretu: trzeba «odziać Chrystusa w ubogich, nawiedzić Go w cierpiących, nakarmić Go w głodnych, przyjąć Go pod dach w bezdomnych» (Ep. 130, 14). Miłość do Chrystusa, pogłębiana przez studium i medytację, pomoże nam przezwyciężyć wszelkie trudności: «Również my kochajmy Jezusa Chrystusa, dążmy zawsze do zjednoczenia z Nim: wtedy wydawać się nam będzie łatwe to, co jest trudne» (Ep. 22, 40).

Św. Hieronim jest jednym z czterech wielkich doktorów Kościoła Zachodniego, patronem eremitów, biblistów, egzegetów, księgarzy i studentów.

 

Dzień czwarty: Tomasz More (Morus)

Tomasz More (Morus) urodził się w Londynie 7 lutego 1478 r. jako syn poważanego mieszczanina. Kiedy miał lat 12, umieszczono go na dworze kardynała Mortona, który sprawował równocześnie urząd królewskiego kanclerza. Później zapisał się na studia na uniwersytecie w Oksfordzie. Jednak ojciec wolał mieć syna prawnika. To bowiem otwierało przed nim drogę do kariery urzędniczej. Dlatego szesnastoletni Tomasz został umieszczony w Inns of Law w Londynie. Kiedy w 1499 roku Erazm z Rotterdamu nawiedził po raz pierwszy Anglię, zaprzyjaźnił się serdecznie z młodszym od siebie o 11 lat Tomaszem. Po ukończeniu studiów Tomasz został biegłym i wziętym adwokatem.

Wkrótce wybrano go posłem do parlamentu. Tutaj zaraz na początku naraził się królowi Henrykowi VIII tym, że przeforsował w parlamencie sprzeciw wobec wniosku króla postulującego nałożenie osobnego podatku na poddanych. Dla poznania świata wyjechał do Francji, gdzie zwiedził uniwersytety: w Paryżu i w Lowanium. Kiedy powrócił do Anglii, zrzekł się wszelkich stanowisk i wstąpił do kartuzów. Po czterech latach pobytu w klasztorze przekonał się, że to jednak nie jest jego droga. Ożenił się z siedemnastoletnią Jane Colt i zamieszkał z nią w wiejskim domku w Bucklersbury pod Londynem. Były to najszczęśliwsze lata w jego życiu. Sielanka trwała krótko. Ukochana żona zmarła niebawem, zostawiając Tomaszowi czworo drobnych dzieci. Był zmuszony ożenić się po raz drugi. Alicja Middleton była od niego o siedem lat starsza. Nie miał z nią potomstwa, ale wspólnie wychowywali dzieci Tomasza z pierwszego związku.

W 1510 roku Tomasz objął urząd sędziego do spraw cywilnych. Jako specjalista został wysłany do Flandrii dla zawarcia traktatu pokojowego. W 1521 roku pełen sławy ze swojej pracy i dzieł został przez króla podniesiony do godności szlacheckiej. Król upodobał sobie w zręcznym urzędniku. W 1521 roku nobilitował Tomasza (nadal mu tytuł szlachecki), a także pasował go na rycerza. Następnie mianował go przewodniczącym sądu oraz tajnym radcą. Szybko zaczęły sypać się na Tomasza kolejne wyróżnienia i godności: zarządcy uniwersytetu oksfordzkiego i łowczego królewskiego, wreszcie godność najwyższa w Anglii (po królu) – kanclerza państwa (1529-1532).

Tomasz stanowić może doskonały wzór do naśladowania dla świata urzędniczego. Był w pracy swojej zdecydowanie sumienny. Powiedziano o nim, że gdyby pewnego dnia stawił się przed nim własny ojciec i diabeł, przyznałby rację szatanowi, jeśliby na nią zasługiwał. Kiedy otrzymał nominację na sędziego, zastał całe sterty zakurzonych teczek z aktami, które od lat czekały na rozpatrzenie. Rychło je załatwił, aby sprawy szły odtąd na bieżąco. Wszystkich traktował życzliwie. Przekupstwo czy kumoterstwo nie miały do niego przystępu. Nosił włosiennicę. Na modlitwę poświęcał dziennie po kilka godzin. Przy stole czytał Pismo święte i książki ascetyczne. Unikał pokut dawnych ascetów, wiedząc, że siły są mu potrzebne do wykonywania codziennych obowiązków. Rekompensował to cierpliwym znoszeniem kłopotów, rzetelnym wypełnianiem swoich zadań, zachowaniem przykazań Bożych i kościelnych. Nawet jako kanclerz państwa chętnie usługiwał do Mszy świętej i śpiewał w chórze kościelnym.
Kiedy Henryk VIII w roku 1531 ogłosił się najwyższym zwierzchnikiem Kościoła katolickiego w Anglii, Tomasz na znak protestu zrzekł się urzędu kanclerza. Pomimo nalegań, nie wziął udziału ani w ślubie, ani też w koronacji kochanki króla, Anny Boleyn. Wreszcie nie podpisał aktu supremacji, ani też nie złożył królowi przysięgi jako głowie Kościoła w Anglii. Uznano to za zdradę stanu. 1 lipca 1535 roku nad aresztowanym odbył się sąd. Kiedy sędziowie zapytali Tomasza, czy ma jeszcze coś do powiedzenia, ten odparł żartobliwie: “Nie mam, moi Panowie, nic więcej do powiedzenia, jak tylko przypomnieć, że chociaż do najżarliwszych wrogów św. Szczepana należał Szaweł, pilnujący szat kamienujących go oprawców, to jednak obaj są ze sobą w zgodzie w niebie. Mam nadzieję, że i my razem tam się zobaczymy”. Tego dnia sąd najwyższy skazał Tomasza na śmierć. Egzekucję wykonano publicznie na jednym z pagórków, otaczających Londyn. Zanim Tomasz położył głowę pod topór kata, powiedział do otaczającego go w milczeniu tłumu: “Módlcie się, abym umarł wierny wierze katolickiej. Aby także król wierny tej wierze umarł”. Kiedy zaś kat zawiązywał mu oczy, prosił go, by swój obowiązek odważnie wypełnił.

Egzekucja odbyła się 6 lipca 1535 roku. Podobnie jak św. Jana Fishera, tak i głowę św. Tomasza More’a wystawiono na widok publiczny, wbitą na pal na moście Tamizy. Sterczała tam miesiąc, aż ją potem wrzucono do morza. Jednak jego córka, Małgorzata, wydobyła ją i pochowała w krypcie kościoła św. Dunstana w Canterbury. Ciało zaginęło – straż więzienna zakopała je w nieznanym miejscu. Wieść o ohydnym mordzie, dokonanym na Tomaszu, obiegła lotem błyskawicy cały cywilizowany świat, wywołując powszechne oburzenie. Aby jednak nie drażnić Kościoła anglikańskiego, proces kanoniczny św. Tomasza odbył się późno. Do chwały błogosławionych wyniósł go bowiem dopiero papież Leon XIII w roku 1886. Uroczystej kanonizacji dokonał papież Pius XI w 1935 roku. 31 października 2000 roku papież św. Jan Paweł II ogłosił św. Tomasza Morusa patronem mężów stanu i polityków.

Tomasz pozostawił po sobie szereg pism. Wśród nich największą sławę zdobyła mu Utopia, w której usiłował nakreślić projekt idealnego państwa i systemu społecznego. Cenny jest jego Dialog o pociesze w ciężkiej próbie. Zostawił także poematy łacińskie i piękne listy, pozwalające wejść w głąb jego duszy i rzucające też światło na wypadki publiczne. Jest patronem prawników. O historii konfliktu z królem opowiada znany film “Oto jest głowa zdrajcy”, a także telewizyjny serial “Dynastia Tudorów”.

Znana jest jego modlitwa:

„Boże, użycz mi pogody ducha,

abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić,

odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić,

i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego”.

Dla osób które chcą przekazać ofiarę pieniężną na parafię można to zrobić za pośrednictwem przelewu.
Konto parafialne Parafii Najświętszej Eucharystii w Łodzi: PKO BP SA  nr rachunku; 27 1020 3408 0000 4002 0157 3138